Aya Goda była japońską studentką sztuki, podróżowała do Chin, gdzie między innymi zamierzała kontynuować studia. W Kashgar spotkała kolegę malarza, Cao Yonga i zakochała się w nim. Yong zorganizował wystawę swoich prac w Pekinie i choć była bardzo udana, Biuro Bezpieczeństwa Publicznego zdecydowało się przejąć i spalić cześć jego prac pod pretekstem ich „obscenicznośći". Cao Yong i
Aya Goda zdecydowali się na podróż przez większą część Chin, ukrywając się przed policją. Mając na karku Biuro Bezpieczeństwa Publicznego bohaterowie wyruszyli do Tybetu, gdzie Cao pracował na uniwersytecie i szkolił się w fachu grabarza. Zdezelowaną ciężarówką, samolotem i pociągiem uciekali przed przestępcami i aparatem bezpieczeństwa. Wreszcie japońska ambasada pomaga im uciec z Chin do Japonii.
Tao nie zaczyna się dobrze. Początek czyta się trochę jak dziennik nastoletniej autostopowiczki w połączeniu z powieścią romantyczną. Jednak w ciągu ośmiu miesięcy podróży styl autorki zmieniał się wraz z tym, jak przygody bohaterów stawały się coraz bardziej niebezpieczne a ich związek dojrzały. Książka to wyjątkowy pamiętnik - z początku naiwny i sentymentalny, jest to swoisty mistyczny rytuał przejścia, który czytelnik widzi oczami autora. Powieść została wielokrotnie nagrodzona, zarówno w Japonii, jak i poza jej granicami. W Chinach, jak się można domyślić, jest oczywiście zakazana.
Na książkę zdecydowałem się nie tylko przez jej popularność, ale z dwóch dodatkowych powodów. Po pierwsze by powspominać swoje własne „Gipsy Times” z okresu otwarcia granic naszego kraju, wyprawy z plecakiem po świecie, podróże autostopem, tanie motele, spotkania z ciekawymi ludzi - coś, co każdego studenta motywuje do końca jego życia. Drugi powód to mój sentyment do Chin, pięknego kraju, który mimo panującego reżimu chętnie ponownie odwiedzę, przez jego piękno, kulturę i wspaniałych ludzi. W książce udało mi się znaleźć wszystkie te rzeczy – gorąco polecam.