Popularność nie zawsze jednak idzie w parze z jakością, ale
Arzachel ze
swoją jedyną płytą na pewno należał do czołówki ówczesnego grania.
Jeśli ktoś był oczarowany debiutancką płytą ekipy Rogera Watersa, to
powiem tylko, że
Arzachel zostawił Floydów daleko w tyle. Tez nieznany
praktycznie zespół nagrał piękny psychodeliczny album, bardzo
różnorodny i dojrzały. Zacznę od tego, że zarówno od strony
instrumentalnej jak i wokalnej formacja prezentowała naprawdę godny
podziwu jak na tamte czasy poziom. Mamy tu więc ciekawe partie
perkusji, kilka dobrych solówek i wokal nieco mniej zadziorny niż
Robert Plant. Jeśli do tego dołożymy świetne pomysły, to otrzymujemy
jeden z najlepszych krążków tamtych czasów.
Arzachel odważnie sięgnął
po organy kościelne, wprowadził całą masę dziwnych, schizujących
odgłosów oraz uchylił rąbka zappowskiej fantazji i awangardy.
Dostaliśmy więc sześć utworów - cztery krótsze i dwa powyżej dziesięciu
minut - z pozoru bardzo luźne, zdefragmentowane, ale z drugiej szalenie
przemyślane, paraliżujące klimatem i ujmujące.
Nie mam żadnych
wątpliwości, że jest to jedna z płyt, które trzeba poznać i którą warto
chyba mieć w swojej płytotece. Smaczku dodaje fakt, że jest to jedyny
album zespołu, więc formacja nie miała okazji zbrukać swojej twórczości
jakąś słabą płytą. Gorąco zachęcam do zapoznania się z muzyką, które w
dużej mierze dała podwaliny pod współczesne ciężkie granie.
Tracklista:
01. Garden Of Earthly Delights
02. Azathoth
03. Queen St. Gang
04. Leg
05. Clean Innocent Fun
06. Metempsychosis
Wydawca: Drop Out (1969)