Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Onslaught - MegaClub, Katowice (13.04.2011)

Anglicy nie bez powodu odwiedzili nasz kraj właśnie teraz, gdyż w tym roku premierę miał ich ostatni materiał zatytułowany Sounds of Violence. Niestety, gdy się już zameldowałem na deskach MegaClubu zauważyłem salę MegaClubu zapełnioną najwyżej w połowie. Tak małą frekwencję, można tłumaczyć tym, że koncert wypadł w środku tygodnia oraz występem Slayer i Megadeth w Łodzi w poniedziałek tego samego tygodnia.

Gdzieś tak około godziny 18.30 na scenę wyszedł nasz śląski Świniopas i to był drugi raz, kiedy dane mi było ich zobaczyć w tym miesiącu, gdyż kilka tygodni wcześniej świnie zastępowały Horrorscope, który był nieobecny na Silesian Massacre II. Setlista była dokładnie taka sama, jak w przypadku SM II poza tym, że tym razem udało im się wcisnąć jeszcze Raining Blood Slayera. Świniopas dał naprawdę dobry i porywający koncert, mimo tak krótkiego czasu jakim dysponowali.

Kilka minut po tym jak świnie się wymeldowały, pojawiła się kolejna śląska thrashowa machina, do mielenia mięsa. Szczerze mówiąc, zdziwiła mnie trochę obecność The No-Mads przed występem anglików, gdyż muzycznie bliżej im do niemieckich wydawnictw spod znaku Sodom czy Kreator, i bardziej by mi pasowali do wspomnianego wcześniej Silesian Massacre (na którym Sodom miał grać) niż tutaj. No nic, w każdym razie ekipa Sylwii i Przemka jak zwykle dali świetny występ, gdzie znalazły się wszystkie "Nołmadsowe" hity tj. Last Lift Down, Point Black Fire, Reborn Dogs, Reverend Terrorist i te pijackie czyli Unter Der Bar, Thrash Alkoholisation i Possesed By Bier. Co ciekawe, na tym występie został również zaprezentowany zupełnie nowy kawałek o roboczym tytule 5. Z drugiej strony zespół dostał naprawdę mało czasu, przez co nie usłyszeliśmy innych koncertowych szlagierów te grupy mi. Mercyful Hate czy Children of the Reich. Ba, grupa nie zdążyła nawet zakończyć swojego występu sławetnym już Overkill grupy Motorhead! No ale cóż zrobić, taki wymóg organizatora i nic na to nie można poradzić, tym niemniej bardzo udany gig.

Z tego pozytywnego nastroju, szybko mnie wyprowadziły dwie kolejne kapele, które zawładnęły sceną MegaClubu. Pierwsza z nich to Final Depravity, zastępująca wcześniej zapowiedzianego Deabauchery, która grała taki tam sobie gówniany thrashyk. Bez odpowiedniego uderzenia i energii przez co cały występ siedziałem i ziewałem, gdyż żaden z ich utworów mnie nie porwał. Natomiast kolejni panowie (Suidakra), chyba zupełnie pomylili imprezy. Proponowana przez nich mieszanka death i folk metalu, pasowały do pozostałego zestawienia jak olej do jogurtu, w dodatku występ niemców był tak pozbawiony energii, że od ziewania mało nie nawabiłem się kontuzji.

Gdy tylko umilkły ostatnie dźwięki ostatniego supportu, zacząłem odliczać ostatnie minuty do występu Brytyjczyków. Dekoracje ustawione, sprzęt ustawiony i pozostało oczekiwanie. Gdy tylko zgasły światła, wszyscy zgromadzeni już zaczęli wykrzykiwać nazwę kapeli, dla którego przyszli owego dnia. W chwili gdy Sy Keller wykrzyczał znane wszystkim"Spitting Blood in the face of God" było wiadome, że Onslaught nie zamierza brać jeńców, poza tym lepszego powitania niż Killing Peace chyba nikt sobie nie mógł wyobrażać. Z racji tego, że Anglicy przybyli tu promować swoje ostatnie dzieło, nikogo nie mogła dziwić przewaga najnowszych utworów na setliście. Mimo to panowie z Onslaught nie zapomnieli o swoich starszych hitach dlatego obok Rest in Pieces, The Sound of Violence, Code Black i Born for War nie mogło zabraknąć takich oczywistości jak Let There be Death, Metal Forces i Angels of Death. Na setliście znalazły się również kawałki z poprzedniego dzieła tj. Wspomniany już Killing peace, Seeds of Hate i Burn. Kiedy jednak puszczono znane wszystkim intro, wiadomo już było, że czas na gwóźdź programu czyli fenomenalnego Power from Hell, który zniszczył wszystko co jeszcze ledwo stało po tamtych kawałkach. W ramach bisu angole zaprezentowali swoją wersję Bomber Motorhead i do tego Thermonuclear Devastation i ta setlista w zupełności wystarczyła by wysadzić cały MegaClub w powietrze.

Tego dnia nie żałowałem, że opuściłem Slayera i Megadeth. Po co mam żałować, skoro Onslaught mi to w 100% wynagrodził i to jeszcze z nawiązką? Nie dość, że obyło się od wpadek technicznych (jak np. w czasie Silesian Massacre gdzie na jednym występie zupełnie nie było słychać perkusji!) to jeszcze w dodatku nie było takiego tłumu, jak zapewne przy powyższym gigu. Teraz tylko czekać, aż Onslaught znów postanowi odwiedzić nasz kraj, by znów dać równie znakomity show jak tego wieczoru.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły