Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Wywiady :

In Twilight's Embrace - Tęsknota za melodią

In Twilight's Embrace, death metal, hardcore, Poznań, In Flames, At the Gates, Dissection, Spook Records,Drugi album poznańskiej ekipy „Slaves to Martyrdom”, który ukazał się nakładem Spook Records w lutym tego roku, okazał się być strzałem w dziesiątkę. Zespół wywodzący się ze sceny hardcore’owej uderzył mocnym metalowym repertuarem, nasuwającym oczywiste skojarzenia ze szwedzką sceną melodyjnego death metalu. Prekursorzy gatunku styl z lat dziewięćdziesiątych porzucili już dawno temu, a In Twilight’s Embrace oddaje hołd twórcom takich płyt jak „Slaughter of the Soul”, „The Jester Race” czy „Storm of the Light’s Bane”. Wywiadu udzielili wokalista Cyprian Łakomy oraz gitarzysta Lechu Szlenk.
„Slaves to Martyrdom” została świetnie odebrana. Nawet mainstreamowe media takie jak „Teraz Rock”, publikowały pochlebne recenzje. Macie poczucie, że zrobiliście dobrą robotę? Stać Was na jeszcze lepszy album?
Cyprian: Zdecydowanie, wypluliśmy najlepszą rzecz, pod jaką mogliśmy podpisać się w owym czasie. Od premiery „Slaves to Martyrdom” upłynęło już trochę czasu, a my wciąż nie odeszliśmy od przekonania, że ten album był katalizatorem drastycznych zmian, początkiem funkcjonowania In Twilight’s Embrace na właściwych zasadach, otwarciem pewnych drzwi do dalszego doskonalenia. Skoro więc drzwi dopiero zostały otwarte, to cały asortyment środków rażenia znajduje się w zasięgu naszych rąk. Uwierz mi, potrafimy zrobić z tego użytek.

Masz poczucie, że nowa płyta przyniosła przełom, że teraz wypłyniecie na szerokie wody, zaczniecie więcej koncertować, pojawią się zaproszenia na trasy z większymi kapelami?

C: Spekulacje na temat przełomu wolałbym zostawić osobom postronnym. Zbyt często mówi się dziś o przełomach, wydarzeniach doniosłych, wspinaniu się na nowy poziom, podczas gdy w gruncie rzeczy nie dzieje się nic nadzwyczajnego, a wszystkie te słowa okazują się czczym gadaniem przygotowanym na potrzeby jakiegoś marketingu, za którym nie idą żadne fakty. Normalnym jest, że kiedy ukazuje się nowy album zespołu, o którym choć trochę osób słyszało, pojawiają się propozycje grania, mówi się o nim więcej niż, na co dzień. Ale to przecież naturalna kolej rzeczy. Jak na razie, mamy przed sobą względnie intensywne koncertowe lato, w tym występy z kilkoma wartościowymi zespołami. Nie nazwałbym tego wypłynięciem na szerokie wody, co nie zmienia faktu, że kurewsko cieszymy się na te sztuki. Określenie „przełom” zarezerwujmy dla zdarzeń naprawdę spektakularnych. Jeśli się ziszczą, odczujecie je tak samo drastycznie jak my.

W każdej recenzji porównuje się Was do At The Gates albo wczesnego In Flames. Zakładam, że łechce to Wasze ego. Pisaliście materiał z założeniem, że wpisze się w nurt melodyjnego szwedzkiego death metalu?

C: Abstrahując od pewnych ogólnych ram stylistycznych, których jako osoby o dość wyrobionym guście muzycznym i konkretnej wizji staramy się trzymać, nie narzucaliśmy sobie niczego za wszelką cenę. Nie powiedzieliśmy sobie tego głośno ani razu, lecz podczas tworzenia materiału dało się odczuć, że obraliśmy zdecydowanie klasyczny kierunek. Zarówno At The Gates, jak i In Flames z pierwszych paru płyt, silnie zdeterminowały naszą muzyczną świadomość, ale prócz nich wymieniłbym jeszcze m.in. Dissection, Sentenced, Katatonia, Liar, Heaven Shall Burn czy wczesne dokonania Dark Tranquillity, choć to i tak ledwie nikły wycinek tego, co nas ukształtowało. To miłe, gdy ktoś odnajduje w In Twilight’s Embrace echa tych wielkich formacji, ale mamy przede wszystkim własną tożsamość, która zostanie uwydatniona jeszcze mocniej na kolejnych naszych poczynaniach.

Lechu: Skoro już uczepiliśmy się tej szwedzkiej szkoły, to rzeczywiście wyróżniłbym Dissection, At The Gates, czy poniekąd kontynuujący dzieło tych ostatnich Nightrage. Te zespoły nie powstawały jak grzyby po deszczu, jak to się często dzieje współcześnie, lecz z wyraźnej potrzeby kontestacji i zmiany rzeczywistości. Ponadto, towarzyszyła im pewna konkretna i konsekwentnie realizowana wizja. To, co miały do przekazania, wyrażały głośno i dosadnie. Brakuje mi takich zespołów dzisiaj, i tę tęsknotę możesz usłyszeć w In Twilight’s Embrace, tyle.

Płytę nagraliście przy asyście Waldka Jędruszaka z Angelreich, a mastering zrobiła ekipa Hertz Studio. Czy fakt, gdzie powstawał album miał duży wpływ na jego ostateczny kształt?

L: Każda inicjatywa, związana bezpośrednio z nagraniem i zbliżająca do ukończenia prac nad nim, ma przełożenie na finalny rezultat. Miks materiału powierzyliśmy Waldkowi, bo wiedzieliśmy, że oprócz spełnienia naszych oczekiwań współpraca z nim przyniesie dużo więcej pożytku. Waldek ma bardzo świeże podejście i myślę, że dobrze odczytał to, co chcieliśmy przekazać. Poza tym, że miks faktycznie jest bardzo ważny, trzeba dodać, że po drodze było też gros osób, które dołożyły swoje złote dwa grosze i były dla nas równie ważne jeszcze na etapie nagrywania. Mam tu na myśli Macieja (studio Jet), pod okiem, którego Urpin rejestrował bębny, Czaję realizującego partie gitarowe i Migdała (Migdał Mobile Studio), odpowiedzialnego za nagranie basu i wokali. Myślę, że przynajmniej ze strony moich oczekiwań, całość brzmi kurewsko dobrze i było naprawdę niewiele błędów, które popełniliśmy po drodze.

Mieliście kilka okazji, aby ograć numery z „Slaves to Martyrdom” na żywo. Z jakimi reakcjami się spotkały?

L: Myślę, że po tych wszystkich ceregielach personalnych ludzie nie do końca wiedzą, czego mogą się po nas spodziewać. Mam nadzieję, że nie tylko dla mnie ta płyta jest wypłukaniem tych wszystkich przejść, i że każdy będzie w stanie spojrzeć na nas świeżym okiem. Tworząc ten materiał, czułem, że zaczynamy wszystko od początku. Nie mieliśmy względem siebie nawet żadnych szczególnych oczekiwań - po prostu wiedzieliśmy, że to jest właściwe i odbiór tej płyty na koncertach tylko to potwierdza. Ludzie dzielą się dobrymi opiniami, kupują płyty i koszulki. Dla mnie jest to już jakiś wyznacznik. Poza tym uważam, że nowe numery są dużo bardziej koncertowe niż poprzednie dokonania, chociażby ze względu na to, że w pełni się z nimi identyfikujemy, co potwierdzamy na scenie.

Cyprian, do niedawna grałeś na basie, teraz przekwalifikowałeś się na wokalistę. Czy już przyzwyczaiłeś się do nowej roli, roli frontmana?

C: Będąc jeszcze basistą, starałem się zawsze mieć wpływ na to, jak ten zespół będzie postrzegany, biorąc udział w tak ważnych procesach, jak choćby tworzenie tekstów do komponowanych utworów, więc gdy pojawiła się konieczność objęcia roli wokalisty i frontmana, nie wahałem się ani chwili. Ta posada to oczywiście odpowiednio większa i nieco inna odpowiedzialność, ale przede wszystkim możliwość pełnego wyrażenia tego, co jako zespół mamy do powiedzenia. Czynię to, więc z właściwą przyjemnością.

Czy pójdziecie szybko za ciosem i wkrótce rozpoczniecie prace nad kolejną płytą? Czy można maksymalnie zaangażować się w zespół, kiedy na głowie jest codzienna praca, a do kapeli wciąż trzeba dokładać?

L: Od razu tam dokładać. Nasz menedżment wyciągnął już tyle kasy, że każdy zdołał wybudować sobie letnią rezydencję i postawić świątynię ku własnej czci (śmiech). A tak poważnie rzecz biorąc, to jesteśmy właśnie na etapie kolejnych preprodukcji, co uznaję za sygnał, że wszystko idzie w odpowiednim kierunku. Mimo iż każdy z nas w jakimś stopniu musi dzielić swój czas między zespół a życie prywatne wraz z pracą, nauką i innymi sprawami, nie rozpatrujemy tego, co robimy w In Twilight’s Embrace w kategoriach ekonomicznych, jakiejś opłacalności, ani czegokolwiek podobnego. Ten zespół manifestuje pewne sacrum i z założenia nie ma służyć zaspokajaniu doraźnych celów. Jeśli zniechęca cię to, że sprzętu nikt ci nie odda za darmo, a za prąd się płaci, to widocznie powinieneś dać sobie spokój.

Jakie cele stoją przed In Twilight’s Embrace na przestrzeni kolejnych dwunastu miesięcy? Patrzycie tak daleko w przód?

C: Mamy zamiar grać tyle koncertów, na ile pozwoli nam czas i siły, więc miejmy nadzieję, że po aktywnym początku lata dojdzie jeszcze trochę okazji, by móc zaprezentować się na żywo. Równocześnie, powstaje już materiał na następcę „Slaves to Martyrdom”. Powiedziałbym, że dużo surowszy, pierwotny, radykalny w wymowie i – jakkolwiek groteskowo to dzisiaj brzmi – mroczny. Od tej strony mało kto nas jeszcze znał.

Poza uprawianiem sonicznej chłosty w In Twilight’s Embrace, piszesz dla „Metal Hammera” i pojawiasz się na falach Radia Afera w audycji „Thrashing Madness”. Co było pierwsze, samodzielne muzykowanie czy dziennikarstwo?

C: Zawsze lubiłem angażować się w muzykę – zarówno biorąc udział w jej powstawaniu „od wewnątrz”, jak i będąc jej obserwatorem, zewnętrznym komentatorem. W moim przypadku, te dwie tendencje chyba od zawsze idą w parze. Jako dziennikarz muzyczny miałem okazję niejednokrotnie poznać i porozmawiać z osobami, które z różnych powodów bardzo cenię, i nikt mi tego nie zabierze. Na temat niektórych z nich właśnie za sprawą przeprowadzonych wywiadów zweryfikowałem niejednokrotnie swój pogląd, ale i te doświadczenia uważam za ważne. Fajnie jest też móc dorzucić swoje trzy grosze do tego, by dany zespół mógł w jakikolwiek sposób zaistnieć. Profitem, który cenię sobie jednak przede wszystkim, jest możliwość odsłuchania pewnych nagrań na długo przed premierą – możemy wtedy z In Twilight’s Embrace kraść patenty bez opamiętania, a gdy do kogoś później to jakimś cudem dotrze, jest już z reguły mocno po czasie, haha.

Jesteś zaangażowany w drugi zespół, który działa na boku In Twilight’s Embrace. Kto się w nim udziela, na jakim etapie tworzenia materiału jesteście?

C: Kurde, niezłe masz informacje. Dosypałeś mi czegoś do piwa, że Ci powiedziałem? W chwili obecnej projekt trochę już kisi się po piwnicy, bo próby odbywają się z częstotliwością, na jaką pozwalają nam inne nasze zajęcia, w tym działalność In Twilight’s Embrace. Nazw roboczych grupy jest przynajmniej kilka, więc nie ma sensu oficjalne ogłaszanie tu którejkolwiek z nich. Zrobiliśmy ten band po to, by po godzinach móc bez większego ciśnienia pograć sobie proste hardcore’owo-punkowe piosenki, a że ITE obrało na przestrzeni ostatnich lat kurs zdecydowanie metalowy, tym bardziej wydało się to paru z nas potrzebne. Chwilowo mamy jakieś 4 songi, które może w końcu niedługo zarejestrujemy i opublikujemy w formie dema. W składzie oprócz mnie udzielają się jeszcze Piotrek i Marcin, bębni Krzychu znany skądinąd jako lider stonerowego The Chainguns, a struny usiłuje zrywać pewna wschodząca gwiazda poznańskiej palestry. Jeśli więc kiedykolwiek odważymy się opuścić lochy, to będzie szajba.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły