Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

God Is An Astronaut - Firlej, Wrocław (19.04.2011)

Koncert został wyprzedany - ta informacja prawie tydzień przed imprezą zaszokowała mnie. Z tego, co pamiętam, ostatni raz w Firleju wydarzyło się coś takiego przy okazji wizyty Cult Of Luna w 2007 roku. Wprawdzie klub ten ma to do siebie, że nie wpuszcza tłuszczy "do pełna", ale i tak zrobiło na mnie wrażenie, jaki pociąg odczuwa polska publiczność do irlandzkich postrockowców. Można pomyśleć, że słucha się u nas ambitnej muzyki.
Na miejscu zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwsza: wynajęto prawdziwych ochroniarzy. Po fanach tego typu muzyki nie spodziewałbym się żadnych ekscesów (i do żadnych nie doszło), ale widocznie zdecydowała ich liczebność. Druga: support - na stronie klubu nie było o nim nawet wzmianki. Informacji doszukałem się dopiero później i wprawiły mnie one w lekkie, ale równoczesne zabawne, zakłopotanie. Sands Of Sedna zostało bowiem przyjęte tak dobrze, że wziąłem je za zespół z Wrocławia. Gitarzysta zresztą wyglądał mi znajomo, głupio mi się więc zrobiło, gdy się potem zorientowałem, że jego i perkusistę widziałem już nieraz z Tides From Nebula. Pomyłka tym śmieszniejsza, że w trakcie występu w myślach porównywałem zespół właśnie z postrockową ekipą z Warszawy. Stylistyka podobna, chociaż Sands Of Sedna gra lżej, mniej energetycznie, gitarzysta i basista korzystają również z instrumentów klawiszowych, a przede wszystkim - w składzie znajduje się wokalista. Niestety grupa nie przypadła mi do gustu. Nie podpasował mi m.in. gardłowy, chociaż doceniam jego eksperymentalne podejście uwidocznione w wokalizach i zniekształcaniu głosu przystawkami. Spodobała mi się też ta odrobina życia i kontaktu z publicznością, gdy wszedł na pudła stojące na środku fosy. Aż prosiły, żeby zbliżać się do barierki częściej. To wszystko było jednak dla mnie za mało. Przyjemnie się słuchało, ale pół godziny, które zespół dostał, uważam za idealnie dobrany czas.
God Is An Astronaut zaczęło spokojniutko, od "Remaining Light", by resztę 65-minutowego setu podstawowego i jednoutworowy bis wypełnić już żywszymi kawałkami, m.in. "Fragile", "Age Of The Fifth Sun", "Echoes", "Remembrance Day", "Shadows", "Suicide By Star", "Forever Lost", "Route 666" i - na pożegnanie - "Fire Flies And Empty Skies".

Część kompozycji, chyba trochę mniej niż połowa, została wykonana z wykorzystaniem wizualizacji. Nie oznacza to, że sami muzycy nie przyciągali wzroku i nie tworzyli przedstawienia niezależnego od obrazów w tle. Akcja była, jednak głównej roli - przynajmniej dla mnie - nie odgrywał żaden z założycieli zespołu. Najlepiej zapamiętam nie podchodzącego czasami do kolegów, wtórującego sobie wokalizami gitarzystę Torstena Kinsellę, nie ruszającego się trochę więcej, ale w miejscu, basistę Nielsa Kinsellę, lecz klawiszowca Jamie'ego Deana. Trochę to zaskakujące, bo w zespole jest od niedawna - nie brał nawet udziału w nagraniu zeszłorocznego albumu "Age Of The Fifth Sun". Mimo to to on zdawał się najbardziej wczuwać w muzykę - gdy miał wolne ręce, podskakiwał przy swoim instrumencie, a podczas bisu wbiegł do fosy, żeby poprzybijać piątki pierwszemu rzędowi. Szybko się zaaklimatyzował. Pomagał również kolegom zachęcać publiczność do rytmicznego klaskania, ta zaś reagowała bez zarzutu. W zamian dostała... ręcznik. Nie zauważyłem, żeby po co koncercie coś jeszcze poleciało ze sceny w jej stronę. Została za to uwieczniona przez perkusistę Michaela Fentona na zdjęciach. Bawiła się dobrze, więc zasłużyła. Może nie wpadła w ekstazę, ale taka to muzyka - żywa, atmosferyczna, lecz nie narkotyczna. Po prostu w niebanalny sposób "pozytywna", a równocześnie sprawiająca, że... podczas tego występu też sporo myślałem o Tides From Nebula.
Chociaż po koncercie słyszałem różne o nim opinie, żadna nie była negatywna. Zespół zagrał na niezłym, a co najmniej poprawnym, poziomie i tylko niektórym widzom brakowało większych urozmaiceń. Sam uważam, że była to przede wszystkim niemal wymarzona impreza dla wielbicieli Tides From Nebula, ale zdaję sobie sprawę z tego, że to Irlandczycy mają Boga w nazwie. Czy słusznie - to już kwestia wiary.
Fotorelacja:http://www.darkplanet.pl/gallery/photo/110256
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Fotorelacja

God Is An Astronaut  - Fotorelacja

Podobne artykuły