Castle Party 2020
Wracać wciąż do domu Le Guin
Recenzje :

The Crown - Death Is Not Dead

The Crowm, Death Is Not Dead, Century Media

Czekałem, czekałem, oj z jaką wielką niecierpliwością czekałem na powrót The Crown po 6 latach muzycznej przerwy, jaką to sobie Szwedzi zafundowali. Nie będę ukrywał, że ich były wtedy, a obecnie znów współpracujący z nimi frontman, nie próżnował, albowiem w międzyczasie fani jego oryginalnego głosu mogli go podziwiać w One Man Army And The Undead Quartet, jednakże kiedy nadeszła propozycja powrotu do macierzystego bandu Johan Lindstrand nie wahał się ani chwili, przez co OMAATUQ przestało istnieć.

Nie ma co ukrywać, że fani The Crown wszystkie przyszłe albumy owej formacji porównują i będą porównywać do ich najlepszego wydawnictwa, i co tu dużo mówić, jednej z najlepszych płyt w historii metalu „Deathrace King”, a co za tym idzie oceny krążków wydanych po 2000 roku są po prostu dużo niższe.

Wracając do mojej pierwszej myśli – kiedy to po długiej przerwie nastąpił powrót na scenę, nie tylko ja, ale pewnie wiele osób zacierało ręce, aż dorwą wtedy bardzo wyczekiwany „Doomsday King” w swoje łapy. Niestety czas nie okazał się łaskawy dla jakości muzycznej tego krążka – po prostu przerost formy nad treścią – moim zdaniem.

Wydawałoby się, że The Crown po 2010 roku rozkręci się płytowo a tu okazało się, że na kolejny krążek trzeba było czekać kolejnych 5 długich lat. Mając w pamięci doświadczenia z poprzednim albumem naszych północnych sąsiadów moje oczekiwania wobec „Death Is Not Dead” nie były wygórowane. Rzekłbym, że raczej nie oczekiwałem niczego wielkiego na miarę „Deathrace Kinga”. Przypuszczenia moje jak i ludzi, którymi miałem możliwość porozmawiania na temat najnowszego dziecka The Crown potwierdziły się w 100 %. Jest lepiej niż na poprzedniczce, aczkolwiek, jak to mówią, dupy nie urywa.

Kawałki zamieszczone na opisywanym albumie, jak zresztą większość numerów The Crown, są w zdecydowanej mierze szybkie z 3 wyjątkami (mowa o podstawowej wersji płyty).
Chodzi to o otwierający płytę „Reign”, „Eternal” (cover Paradise Lost z albumu „Gothic” 1991) oraz  „Meduseld”. Reszta to klasyczne dla zespołu standardy, czyli riff, przeważnie podwójna stopa na perce, solówka, no i to, co przynajmniej ja uwielbiam, wokal Lindstranda.
I tak jedziemy praktycznie przez cały longplay. Niestety nie ma tutaj przebojowości, jaka miała miejsce choćby w przypadku „Crowned Unholy”. Gdzieniegdzie pojawiają się jej przebłyski, ale to na chwilę. Brakuje mi tu również finezji i polotu poszczególnych kompozycji – a szkoda, bo właśnie to dawało The Crown to „coś”, dzięki czemu często wracałem do poprzednich płyt tej formacji.

Wiadomo, że Ameryki tu nie ma i nie będzie. The Crown przez całą swoją twórczość, począwszy od debiutu z 1995 roku „The Burning”, poprzez wspomniany wyżej „Deathrace King”, jak i na „Death Is Not Dead” nigdy nie „brał jeńców” tylko dawał swoim słuchaczom swoistą death metalową jazdę. Nie należy zapominać o tym, że był to, jest i będzie zespół rozpoznawalny i raczej nie można go pomylić z żadnym innym.

Reasumując – nie jest całkiem źle, szału nie ma, ale jest nadzieje, że będzie lepiej. 

Ocena: 6/10

Tracklista:

Disc I
01. Reign
02. Headhunter
03. Iblis Bane
04. Eternal [Paradise Lost cover]
05. Struck By Lightning
06. Speed Kills (Full Moon Ahead)
07. Herd Of Swine
08. Horrid Ways
09. Ride To Ruin
10. Meduseld
11. Godeater

Disc II [bonus]
01. We Come In Peace (Piece By Piece)
02. Agent Orange [Sodom cover]

Wydawca: Century Media 2015

Komentarze
lord_setherial : Kupa totalna,co za ciulowy i niespójny album. Nic tu nie przykuło mej uwag...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły