Castle Party 2020
Wracać wciąż do domu Le Guin
Recenzje :

Korn - The Paradigm Shift

Korn, Paradigm Shift, 2013, Jonathan Davis, Nu Metal, Brian Head, Welch Munky Fieldy Love and Death

Są na świecie takie zdania, opinie, które od razu stają się faktami, bez żadnej większej dyskusji. Podaję przykład: czasy świetności Korna przypadają na lata ’90. No bo kiedy każdy oglądał na MTV grupę metaluchów w dresach Adidasa i z dreadami na głowie krzyczących, że przez cały dzień marzą o seksie? Tak, właśnie…

Nie oznacza to oczywiście, że wraz z pojawieniem się w kalendarzach daty z dwójką na przedzie panowie z Korna zaczęli grać słabo, nic podobnego. Najpierw było kontrowersyjne Untouchables, zaraz po nim niezłe Take a Look in the Mirror. Później jednak, muzykom zmienił się nieco grunt pod nogami. Wyścielona sławą droga na szczyt zmieniła się w równię pochyłą za sprawą odejścia z zespołu Davida Silveria – perkusisty oraz gitarzysty Briana „Heada” Welcha, który był filarem całego projektu. Ciężko w sensowny sposób rozwodzić się nad mniej lub bardziej dubstepowymi dokonaniami Korna w ostatnich latach. Warto za to skupić się na tym, że Head postanowił powrócić do grupy by nagrać ze starymi przyjaciółmi nową płytę. Jak wyszło? Powiem na wstępie: zdecydowanie powyżej oczekiwań!

Jaki Korn był kiedyś, pamięta każdy: brudny, przesterowany, depresyjny, ale przy tym dość chwytliwy. Co go zaś charakteryzowało potem to z pewnością parcie na produkcję kolejnych hitów na miarę tych ze szczytowych osiągnięć grupy, z różnym jednak skutkiem. Muzycy wraz z odejściem Heada na pewno stracili ciężar i zaczęli eksperymentować (wyjątkiem tutaj może być Korn III: Remember Who You Are). 

Nowa płyta Korna, The Paradigm Shift, jest czymś w rodzaju fuzji starego i nowego stylu zespołu. Specyfika tego albumu na tle pozostałych płyt rzuca się w oczy (uszy?) już przy pierwszych utworach – Pray for Me oparty jest na dość brutalnym riffie tworzącym intro i zwrotki, a wisienką na torcie okazuje się być świetny, melodyjny refren. Ta sama zasada tyczy się Love & Meth (czyżby nawiązanie do drugiego zespołu Heada, Love and Death?) czy What We Do. Łomot dochodzący zza zestawu perkusyjnego charakteryzuje prostota, riffy są często łagodnym, jak na Korna, podkładem pod dobre, popowe melodie z refrenów, a bas Fieldiego charczy jakby mniej, nadając stronie instrumentalnej po prostu ostatecznego wykończenia, a nie dodatkowego pazura. Mimo to, idąc w głąb najnowszej produkcji ojców nu-metalu dostrzegalny jest wyraźnie fakt, że na dobre zaprzyjaźnili się oni z brzmieniami elektronicznymi wpisując się w dzisiejszy trend tworzenia muzyki coraz bardziej syntetycznej, nowoczesnej.

Czy był to zabieg dobry? Z marketingowego punktu widzenia wręcz idealny, z muzycznego – wciąż niezły. Dzięki większej przystępności materiału Korn nawet dziś może z powodzeniem zagościć na radiowych listach przebojów będąc muzyką przyjemną, towarzyszącą codziennym czynnościom. Tutaj jednak pojawia się dość znaczący minus tego wydawnictwa. Jest ono bowiem właśnie czymś do posłuchania w trakcie odkurzania, zmywania naczyń, sprzątania albo, puszczając wodze fantazji, zażywania gorącej kąpieli z pianą. Panowie z Korna zdążyli nas wprawdzie w ostatnich latach przyzwyczaić do zwyczajnie przyjemniejszych i bardziej „cukierkowych” kompozycji, ale, odwołując się do wstępu recenzji, szczyt popularności grupy przypada na lata 90, kiedy to właśnie na światło dzienne wyszły najbardziej depresyjne i trudne utwory zespołu. Bycie malkontentem jest w tym momencie wprawdzie ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę, ale ten album jest po prostu… przyjemny. Nie powala groovem jak Freak on a Leash, nie kopie czterech liter jak Blind, nie flirtuje z samobójstwem tak, jak robiło to Falling Away From Me. Zamiast tego, prócz utworów mocniejszych, dostajemy elektroniczne Spike in my Veins czy też zadziwiająco popowe Never Never.

Z drugiej jednak strony zauważalne lekkie przyciśnięcie materiału, a znaczne polepszenie muzycznego rzemiosła względem poprzednich wydawnictw zapewnia grupie z Kalifornii uznanie tych starszych fanów. Ciekawi mnie jednak jedno – uczestniczący w projekcie Love & Death Head z innymi muzykami robi muzykę bliższą staremu Kornowi niż ze swoimi starymi znajomymi z zespołu. Będąc na Impact Fest 2013 w Warszawie występował on w ramach obu projektów, różnica była niemal namacalnie zauważalna. Wystarczy zresztą porównać dwa nagrania, wydane w zaledwie rocznym odstępie:

http://www.youtube.com/watch?v=QVgOg3jibTU

http://www.youtube.com/watch?v=tZSdSU-LVxI

Czyżby kształt The Paradigm Shift był rzeczywiście celowym zabiegiem marketingowym? Nawet jeśli, to, szczerze mówiąc, całkiem udanym. Wśród muzyków panuje opinia, że najważniejszy jest początek i koniec każdego albumu czy też koncertu. Starzy nu-metalowcy najwyraźniej wzięli to sobie do serca nagrywając album wybijający się ponad przeciętność, oscylujący w raczej dobrych rejestrach. Zaczęli przebojowym Pray for Me, skończyli melancholijnym, ale w ostatecznym rozrachunku niemniej skocznym It’s All Wrong. Dla każdego fana Korna pozycja obowiązkowa. A co tam, nie-fani też mogą posłuchać tupiąc czasem do rytmu.

Ocena: 3/5

Komentarze
Krasnal_Adamu : Album zaskoczył mnie pozytywnie swoim ciężarem, ale też rozczarow...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły