Zabawa w chowanego
Maddaddam
Recenzje :

Iron Maiden - The Number Of The Beast

Iron Maiden, Paul Di’Anno, Killers, UFO, Judas Priest, Bruce Dickinson, Samson, The Number Of The Beast, Steve Harris, heavy metal, Dave Murray, Adrian Smith, death metal, EMI

Wielkie oburzenie towarzyszyło zwolnieniu przez Iron Maiden Paula Di’Anno. Po wydaniu płyty „Killers” zespół stał się bardzo znany i zwiedzał świat koncertując jako samotny lider lub jeszcze supportując takie gwiazdy jak UFO czy Judas Priest. Charyzmatyczny wokalista był rozpoznawalny, lubiany przez publiczność i utożsamiany ze stylem grupy. Do dziś wielu starszych fanów z sentymentem powie, że to najlepszy głos Ironów. Górę wzięły jednak problemy z uzależnieniami i coraz częstsze niedyspozycje, niweczące wysiłek pozostałych muzyków i hamujące rozwój zespołu. Musiało dojść do zmiany. Ci co narzekali nie mogli jednak się spodziewać co wydarzy się już za chwilę. Na scenie pojawił się nie znany nikomu Bruce Dickinson z zespołu Samson, który na zawsze miał zmienić oblicze Iron Maiden.

 

„Woe to you, oh Earth and Sea,…”

„The Number Of The Beast” ukazało się 22 marca 1982 roku, czyli ledwo ponad rok od wydania “Killers”. Płyta z miejsca poraziła świat, swoim oddziaływaniem wykraczając daleko poza zwolenników muzyki metalowej i to pomimo faktu, że jest to pierwsza ściśle i w całości heavymetalowa płyta Iron Maiden. Lista wielkich przebojów na niej zawarta praktycznie pokrywa się ze spisem utworów, a niebagatelną rolę odgrywa tu oczywiście ten fantastyczny i porywający śpiew. Powyciągane skale niosą te wszystkie piosenki nie tylko w melodyjnych i podniosłych refrenach, ale i w kolejnych wersach i zwrotkach, nadając im lekkości i lotności. Nic by jednak z tego nie było, gdyby ktoś tego wszystkiego nie wymyślił. Steve Harris, jako główny kompozytor, wzniósł się na wyżyny geniuszu, tworząc utwory w sumie proste, ale niezwykle chwytliwe i porywające, które na zawsze wpisały się nie tylko do kanonów muzyki metalowej, ale i do najbardziej znanych klasyków w muzyce w ogóle.

„…for the Devil sends the beast with wrath,…”

Muzyka oczywiście odgrywa tu podstawową rolę, ale docenić należy także teksty. Każdy kawałek jest o czymś i cały przekaz Iron Maiden jest jak najbardziej poważny. Już pierwszy „Invaders” to obraz najazdu wikingów, którzy płyną z morza, by złupić saksońskie ziemie. Pełna przerażenia fabuła opowiedziana jest z punktu widzenia, tych, którzy na ten najazd czekają. Widzą nadpływające łodzie i wiedzą, że nie zdołają się obronić. Wszystko to w ostrym heavymetalowym tonie, składającym się na pierwszy nieśmiertelny szlagier z „The Number Of The Beast”.

Zupełnie inny jest „Children Of The Damned”. Wolny i smutny numer wręcz trochę nie pasuje do reszty płyty, a mimo to, a może właśnie dlatego, stał się jej wielkim hitem. Utwór oczywiście rozkręca się w swojej dalszej części i daje solidny popis trzeciej ogromnej siły Iron Maiden, czyli grze gitar. Cały album jest popisem Dave’a Murray’a i Adriana Smitha, a ich solówki uświetniają te utwory i czynią je jeszcze doskonalszymi.

„The Prisoner” poprzedza filmowy dialog z jakiegoś serialu. Nie jest to jeszcze to na co wszyscy czekają, a raczej stanowi pewną zapowiedź głównych emocji. Sam kawałek to kolejny wyśmienity klasyk, fantastycznie zgrany i zaśpiewany. Jedna z lepszych pozycji, tak jak zresztą każda inna.

„22 Acacia Avenue” to jeden z moich ulubionych numerów Iron Maiden w ogóle. Traktuje o odwiedzanej przez wszystkich damie lekkich obyczajów i jest kontynuacją „Charlotte The Harlot” z pierwszej płyty. Ma taki przejmujący wydźwięk, a Bruce śpiewa jakby naprawdę się zakochał. Refren jest niebotyczny i znowu cały instrumentalny fragment dla gitarzystów daje kolejne dzieło kompletne i doskonałe.

„…because he knows the time is short…”

Te słowa znają wszyscy. Te słowa weszły do historii muzyki. Biblijny cytat z Księgi Objawienia o nadejściu bestii poprzedza jeden z największych utworów muzycznych stworzonych przez człowieka. Zaczyna się tak zachowawczo, prawie półszeptem i dopiero za chwilę jest odpowiednie preludium na perkusji, łup i jedziemy: „The night was black, was no use holding back…”. „666 the number of the beast”. Słyszane tysiące razy, zdarte do granic możliwości, a jednak zawsze łechtające i dające adrenalinę „I’m coming back, I will return, and I’ll possess your body and I’ll make you burn.”

„…Let him who hatch understanding reckon the number of the beast…”

Oparty na talerzach, perkusyjny motyw rozpoczyna drugi największy skarb tej płyty. To aż niesamowite, że dwa megaszlagiery ze ścisłej czołówki całej przebogatej dyskografii Iron Maiden, znajdują się, jeden po drugim, na jednej płycie. „Run To The Hills” to podniosła i patetyczna piosenka opowiadająca o Indianach rozpaczliwie i bez szans powodzenia, broniących swojej ziemi przed białymi. Są w stanie wygrać niejedną bitwę, ale białych zawsze będzie więcej i więcej i tego nie da się powstrzymać. Utwór niesamowicie prosty, ale jakże trafiający i wzruszający „Run to the hills, run for your lives”. Ta pieśń to jest legenda.

„Gangland” to chyba pozostający najbardziej w cieniu utwór na tej płycie, ale to tylko ze względu na wielkość sąsiednich pomników. Kawałek bardzo fajny, z melodyjnym refrenem i na pewno nie zaniżający poziomu.

Jeżeli nawet mogłoby się wydawać, że ilość atrakcji była już wystarczająca, to na deser pozostaje jeszcze „Hallowed Be Ty Name”. Przejmująca pieśń, będąca krzykiem rozpaczy człowieka siedzącego w celi śmierci i czekającego na poranne wykonanie wyroku, jest jednym z kolejnych moich ulubieńców w całej twórczości Iron Maiden. „I'm waiting in my cold cell, when the bell begins to chime.” To aż nie do wiary, że heavy metal może być tak uczuciowy. No, ale to już jest wybitny geniusz jego twórców i takie samo wykonanie. I znowu pomysł, śpiew, gitary, budowanie napięcia i dawkowanie emocji. Wszystko na maksymalnie wyniesionym poziomie, chwytające za serce i wprawiające w stan duchowego uniesienia.

„… for it is a human number,…”

W 1992 roku byłem na wakacjach we Włoszech, gdzie po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z oryginalnymi kasetami. Przywiozłem sobie wtedy do domu osiem sztuk. Wśród nich było „The Number Of The Beast” wydane przez EMI. Niby nic wielkiego, okładka nierozwijana, bez żadnych zdjęć, ani tekstów. Miałbym jednak wielki sentyment do tej kasety, gdyby nie to, że w swoim późniejszym, nastoletnim zaślepieniu death metalem, pozbywałem się takich pozycji, jako niegodnych bytności w moim pokoju. Zmądrzałem z wiekiem i obecnie mam reedycję na płycie z 1998 roku. Jest tam wpleciony dodatkowy numer „Total Eclipse”, który nie znalazł się na pierwotnym wydaniu, a także można obejrzeć teledyski do „The Number Of The Beast” i „Run To The Hills”. Ciężko mi je oceniać, bo po ponad ćwierć wieku wydają się trochę śmieszne. Szczególnie ten drugi w ogóle jest komiczny, co przeczy nieco wymowie samej piosenki. Dziś każdy może sobie z łatwością odświeżyć to w internecie i z pewnością codziennie na całym świecie ktoś to ogląda i słucha „The Number Of The Beast”. I tak pewnie będzie już zawsze, bo jest to arcydzieło ponadczasowe, które towarzyszyć będzie ludziom wciąż i wciąż przez kolejne pokolenia…

„…this number is six hundred and sixty six.”

 

Tracklista:

01. Invaders
02. Children Of The Damned
03. The Prisoner
04. 22 Acacia Avenue
05. The Number Of The Beast
06. Run To The Hills
07. Gangland
08. Hallowed Be Thy Name

Wydawca: EMI (1982)

Ocena szkolna: 6

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły