Castle Party 2020
Wracać wciąż do domu Le Guin
Recenzje :

Bruce Dickinson - Accident Of Birth

Bruce Dickinson, Adrian Smith, Accident Of Birth, heavy metal

A gdy do Bruce’a Dickinsona dołączył Adrian Smith wydarzył się wypadek. Tak zwany cud narodzin. „Accident Of Birth” to piękny heavy metalowy wyskok z łona, sięgający aż gwiazd i otwartego kosmosu, po którym podróżujemy w świetlnych arteriach melodyjnych gitar i w towarzystwie jeszcze bardziej dźwięcznego śpiewu. Stąpamy rozważnie i dostojnie, aż docieramy do prawdziwych szczytów apokalipsy i dróg prowadzących wprost do piekła.

Bo płyta zaczyna się dość stonowanie. Zdaje się być rozważna, daje się poznać i wypróbować jak drużyna piłkarska badana w pierwszych minutach przez przeciwnika. „Freak” i „Starchildren” to utwory skupiające uwagę, ale nie strzelające fajerwerkami. Tym bardziej przestrzenny i balladowy „Taking The Queen”. To jest czas wejścia i przystosowania się do sytuacji. I dopiero płynnie wyłaniający się z tego wstęp do „Dark Side Of Aquarius” jest preludium do zderzenia się z prawdziwą kulą ognia. To tutaj Bruce rozwija się do najwyższych lotów, a w raz z nim cały zespół: „Here come the riders as the wheel of Drahma’s running out of time”. Nadjeżdżający jeźdźcy apokalipsy pustoszą ziemię na swojej drodze, ale robią to tak bajecznie, że ciężko wyjść z podziwu, a wokalizy Bruce’a są po prostu fantastyczne. Jest to najdłuższy numer na płycie, a i tak zawsze wydaje się być za krótki i najlepiej by było jakby tak trwał w nieskończoność. Na szczęście zaraz potem następuje poprawka w postaci „Road To Hell” i wszystko zaczyna się od nowa: „The road to hell is full of good intentions. Say farewell and we may never meet again…”.

Ustawienie obok siebie dwóch największych przebojów daje pełnię szczęścia, ale też taki moment przesilenia. Odtąd będziemy już na fali opadającej, tym bardziej, że przed nami nostalgiczny i smutny „Man Of Sorrows”, który jednak jest na tyle przejmujący, że daje dużo ładnych emocji. A potem znów wzmocnienie za sprawą „Accident Of Birth” i „The Magican”. No dobra, największe hity już były, ale to wcale nie znaczy, że teraz będzie nudno. Wujek Bruce przygotował nam kolejne dwie petardy, świadczące o tym, że jest to płyta błyszcząca, a nie z przebłyskami. Ja szczególnie lubię ten drugi, który jest bombą przełamującą wszelkie bariery. Chciałem tu wrzucić jakiś cytat, ale nie mogłem wybrać, bo chyba należałoby wkleić cały tekst. W każdym razie wniosek jest jeden. Jak się chce i się ma wyobraźnię to można wszystko!

Po takich uniesieniach ślamazarny „Into The Pit” nie robi już takiego wrażenia, a cała końcówka to już takie roztrenowanie. Jest spokojniej, gorączka opadła, choć wciąż można delektować się piosenkami, które w dalszym ciągu przecież dają rozkosz i ukojenie. „Accident Of Birth” to nie jest równa płyta. Ma ogromne wzloty, ale co najważniejsze, w swoich dołkach nie schodzi poniżej wysokiego poziomu.

Tracklista:

01. Freak
02. Toltec 7 Arrival
03. Starchildren
04. Taking The Queen
05. Darkside Of Aquarius
06. Road To Hell
07. Man Of Sorrows
08. Accident Of Birth
09. The Magician
10. Welcome To The Pit
11. Omega
12. Arc Of Space

Wydawca: Raw Power (1997)

Ocena szkolna: 5

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły