Wracać wciąż do domu Le Guin
Castle Party 2020
Recenzje :

Black Sabbath - Vol. 4

Black Sabbath, Vol. 4, heavy metalCzwarty z kolei album Black Sabbath, "Vol. 4" ujrzał światło dzienne we wrześniu 1972 roku. Jego tytuł brzmiałby inaczej gdyby wytwórnia znów (jak w przypadku "Paranoid") nie zanurzyła w tym swoich paluchów. Longplay ten miał nosić miano "Snowblind" (Śnieżna Ślepota), ale "ludzie z góry" stwierdzili, że zbyt bezpośrednio odnosi się do narkotyku, którego całe fale wówczas przepływały przez członków zespołu. Jednak kapela i tak pokazała im palec przemycając drobne niuanse na płytę.
Podczas nagrywania w zespole nie panował już tak sielankowy nastrój jak przy poprzednich albumach. Między muzykami zaczynały rodzić się konflikty i atmosfera w studio nie była już tak miła. Po trzech bezkonkurencyjnych wydawnictwach Black Sabbath postanowili nieco zmienić kierunek. Utwory już nie są wielominutowymi tyradami, teraz to w większości 3, 4 minutowe numery. Płaszczyzna tekstowa również uległa zmianie, teraz poruszane są tematy, które barzdziej dotyczą samych członków kapeli; minęły czasy demonów, diabłów, mieczy, magii i piekielnych wizji.
Album otwiera imponujący "Wheels Of Confusion", utwór będący nietuzinkowym połączeniem zmieniających się temp, solówek i monumentalnego riffu w wykonaniu Tony'ego Iommi'ego. Ten najdłuższy z całego albumu kawałek mówi o zagubieniu w świecie, niemocy spowodowanej przez przepływający przez palce czas. Nakreśla smutną wizję skończoności ludzkiego życia.
Tymczasem kolejny "Tomorrows Dream" emanuje siłą. Jest już znacznie krótszy od poprzednika i wyraźnie bliższy głównemu nurtowi. Ma w sobie energię, jednak wydaje się być toporny i siarczysty w swym brzmieniu. Zostały tu również zastosowane efakty z syntezatora, które swym dźwiękiem przypominają startujący pojazd kosmiczny lub gwizd czajnika.
Natomiast jeśli chodzi o kawałek trzeci na "Vol. 4", to muszę powiedzieć, że jest to numer jeden, wśród metalowych ballad i mógłbym go słuchać w nieskończoność. Tutaj Black Sabbath odeszli całkowicie od swgo klimatu jeśli chodzi o aranżację. Utwór wykonywany jest na pianinie przez Iommi'ego. A zawodzący głos Ozza jest wprost fantastyczny. Jest to prosta piosenka o utraconej miłości i żalu. Wśród fanów Black Sabbath zasiała zamęt, jedni ją potępiali inni wychwalali pod niebiosa.
"FX", hmmm, jest to kawałek instrumentalny, który powstał w dość osobliwy sposób jeśli wierzyć legendom. Otóż podczas jednej z wielu libacji alkoholowo-narkotykowych zamroczeni Ozzy, Bill i Gezzer nagle usłyszeli jakieś dziwne dźwięki dobywające się ze studia. Zaniepokojeni poszli zbadać owo zjawisko. Kiedy otworzyli drzwi oczom ich ukazał się nagi Iommi odziany jedynie w gitarę i srebrny krzyż (które to krzyże wówczas nosili wszyscy członkowie zespołu). Tony pochylony nad wiosłem nieużywając lewej ręki uderzał krzyżem o struny podczas gdy prawą operował na gryfie, taśma była już włączona i cała sprawa została nagrana. Tak postał nieco schizoidalny ale i subtelny "FX".
Po nim przychodzi kolej na "Supernaut", zdecydowanie bardziej żywy od poprzednika wręcz tryska energią którą wywołuje ostro rozpędzona gitara Iommi'ego podczas solówki gnająca niczym Struś Pędziwiatr. W czasie zwrotki również i tu jest wykorzystany syntezator tym razem brzmiący jak bulgocząca woda wypływająca z jakiegoś źródełka.
No i numer który miał być tytyłowym. Wytwórnia nie zgodziła się na dwuznacznie brzmiący tytuł jednak Sabbath i tak kopnęli ich w dupę umieszczając na okładce podziękowania dla firmy COKECola, a po każdym refrenie Ozzy szepce "kokaina". Potężny riff początkowy po prostu powala na kolana tempo jest bardzo równomierne poza fantastycznym zwolnieniem w środku kawałka, gdzie Ozzy wyśpiewuje: "Me oczy sa ślepe ale ja widzę/płatki śniegu iskrzące się na drzewie". Po czym następuje spokojne solo Tony'ego. Jedno z dwóch, po kolejnej zwrotce przychodzi pora na przyspieszenie prowadzące do drugiej solóweczki, która już tak spokojna nie jest.
"Cornucopia". Do napisania tego tekstu skłoniła Gezzera audycja radiowa, mówiąca, że "tylko" dwudziestu pięciu ludzi zginęło w tym tygodniu na wojnie w Wietnamie. Tekst z całą zawziętością atakował konsumpcyjny styl życia i bezduszność społeczeństwa. Kawałek ten momentami jest dość toporny, ale i skoczny. Te ciągłe w nim zmiany tempa doprowadzały Billa Warda do szału i nigdy on go nie chciał odgrywać na koncertach.
Potem przychodzi kolej na chwilę wytchnienia, spokojny i delikatny "Laguna Sunrise" jest piękną akustyczną balladą z wykorzystaniem smyczków i gitary akustycznej.
No i dość tego rozczulania, bo przyszedł czas na miotający "St. Vicious Dance". Do kolejnych skocznych riffów Iommi'ego Ozzy wyśpiewuje starą historię o kobietach uganiających się za gwiazdami rocka dla ich pieniędzy.
Po kroczącym riffie na początek w "Under The Sun" wchodzi szybsza zwrotka, by przejść później w już galopującą gitarę Tony'ego i znów powrócić to głównego riffu i jeszcze zwolnić. Jest to wszystko bardzo ładnie zwarte i wręcz dostojne. Gezzer odcina się tu w tekście od czarnoksiężników i magów opowiadając, że sam jest kowalem swego losu i żadne siły nim nie kierują: "Ja wieżę tylko w siebie/bo nikt inny nie jest prawdziwy".
I tak kończy się kolejny krok na ścieżce Black Sabbath idących przez sławę, w której pławili się na tyle, że prawdę mówiąc nie musieli nic już nagrywać. Ozzy powiedział: "Przy pracy nad tą płytą czuliśmy się jak Rzymianie w czasie orgii. Przez cały dzień siedzieliśmy w jacuzzi, wciągaliśmy kokę i od czasu do czasu wychodziliśmy, żeby nagrać jakiś numer". Jednak mimo iż wydawałoby się że ich zapał nieco ostygł, to muzycy nie powiedzieli jeszcze swego ostatniego słowa.

Wydawca: Warner Music (1972)
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły