Wracać wciąż do domu Le Guin
Paradoks
Relacje :

Australian Pink Floyd Show - Ergo Arena, Gdańsk (24.01.2011)

Poszliśmy na ten koncert, bo chcieliśmy zobaczyć show. W sumie to nawet nie zastawialiśmy się nad ewentualnymi emocjami, które mogłyby towarzyszyć temu wydarzeniu. Logistyczne problemy z dotarciem na miejsce jakoś nas nie dotknęły - a nasłuchaliśmy się o braku miejsc parkingowych i innych atrakcjach w obrębie hali Ergo Arena przy okazji wizyty Lady Gagi. Sam obiekt do najpiękniejszych na świecie nie należy, a jego betonowe ściany tylko to podkreślają.
Po niewielkich perturbacjach związanych ze znalezieniem właściwego wejścia do obiektu (tak, niestety nikt myślący nie postawił nigdzie tablicy, która by informowała o tym gdzie jakie wejście jest) udaliśmy się na nasze miejsca dzierżąc w dłoniach okulary 3D.

Koncert Australian Pink Floyd składał się z dwóch części. Zanim wszystko ruszyło, w miejscu wyświetlania wizualizacji pojawił się napis "Po przerwie prosimy włożyć okulary 3D", ale i tak większość osób go zignorowała i od samego początku trzymała je na nosach.

Zaczęło się zacnie od "Shine On You Crazy Diamond (Parts I-V)" i wszystko było pięknie, naprawdę cudownie, kiedy śpiewał pan basista, pan gitarzysta i wszystko elegancko brzmiało - przynajmniej na płycie. Smaczku oczywiście dodawał saksofon, światła i gracja z jaką muzycy wykonali utwór.

Tragedia i totalne rozczarowanie pojawiły się z chwilą, kiedy do głównego mikrofonu doszedł pan, który to wcześniej podrygiwał z trzema paniami w chórkach. Technicznie, warsztatowo - niczego mu nie można było zarzucić, jednak barwa głosu nijak miała się do klasyków Pink Floyds. W pierwszej części koncertu wybrzmiały ze sceny także: "Welcome to the Machine",  "Coming Back to Life",  "Arnold Layne", "Sorrow Play", "Learning to Fly" oraz "Dogs Play".

Przerwę wykorzystaliśmy na konsumpcję mikroskopijnej pizzy za makabryczną kwotę, która na szczęście była smaczna. Przemieściliśmy się na górny sektor i z niecierpliwością oczekiwaliśmy "efektów specjalnych" w drugiej części. "Speak to Me", "Breathe Play",  "On the Run" i ani kwadrofonicznego dźwięku, ani zapowiadanych trójwymiarowych atrakcji. Podobały nam się niewątpliwie wizualizacje - zwłaszcza te w kawałku "Time", które mocno hipnotyzowały.

Być może, kiedy ktoś siedział na płycie dokładnie na wprost sceny to doświadczył wszystkich zapowiadanych atrakcji. Nam z każdą chwilą opadały emocje i chęć uczestnictwa w koncercie. I nie pomogły także kolejne utwory: "The Great Gig in the Sky", "What Do You Want from Me", "Careful with That Axe, Eugene", "Money Play", "The Happiest Days of Our Lives" czy kultowe "Another Brick in the Wall Part 2". Na koniec jeszcze  "Wish You Were Here" i "Comfortably Numb", a kiedy na na bis rozbrzmiewało "Run Like Hell" my byliśmy już w szatni chcąc uciec przed tłumem.

Reasumując - koncert przyniósł rozczarowanie. Chcieliśmy zobaczyć coś niespotykanego, spektakularnego, tymczasem nic takiego nie otrzymaliśmy. Wszystko było poprawnie, ale jakoś bez emocji, których się spodziewaliśmy. Ładne światełka, lasery czy wizualizacje nie zapewniają już powodzenia produkcji, jak to niegdyś bywało.

Po koncercie czytaliśmy o rozłamach w zespole, o różnicach pomiędzy składem oryginalnym a tym, który mięliśmy okazję zobaczyć, tym niemniej spodziewaliśmy się swoistego misterium w obcowaniu z muzyką tak bardzo przez nas lubianą - a tego nie otrzymaliśmy. Może to i dobrze, bo to oznacza, że nikt nie potrafi być tak dobry jak oryginał.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły