Na całe szczęście takowy się znalazł.
Solstice został przygarnięty przez SPV/Steamhammer i w 1992 roku "
Solstice" mógł zostać zaprezentowany szerokiej publiczności. Już sama okładka płyty obrazująca bliżej nieokreśloną masę pochłaniającą mieszkańców metropolii rodzi skojarzenia z schuldinerowym "Spiritual Healing" jak i "mustainowym" "Peace Sells... But Who's Buying". Jak się okazuje, warstwa liryczna płyty do banalnych nie należy i w ogólnym rozrachunku dotyka problemów społecznych oraz bezlitości korporacyjnego charakteru miast pochłaniających sens życia.
Od strony muzycznej album do delikatnych też nie należy. Czwórka młodych, utalentowanych muzyków zaoferowała z jednej strony dość typową jak na ówczesne standardy mieszankę thrash i
death metalu osadzoną w brzmieniu typowym dla Morrisound, czyli z wyraźnie zaakcentowaną pracą sekcji i mięsistymi gitarami. Skojarzeń nasuwa się kilka - słychać tu zarówno wyrafinowaną szkołę maestro Schuldinera, ładunek energetyczny rodem z Sepultury oraz ciężar niewiele ustępujący Demolition Hammer. Kto jednak myśli, że mamy tu do czynienia z klonem, ten się myli.
"
Solstice" przynosi szereg elementów, które wyróżniały tą formację na tle setek innych thrash/deathowych kapel. Przede wszystkim bardzo wysoki poziom instrumentalny, oraz precyzja z jaką poszczególne partie instrumentów się uzupełniają wprawia w osłupienie. Pod tym względem mamy tu do czynienia z majstersztykiem, a szczególne słowa uznania należą się Marquezowi, który za zestawem perkusyjnym świetnie uzupełnia każdą możliwą lukę stworzoną w krainie sześciu strun.
Do gitar także przyczepić się nie można - duet Barret/Munoz serwuje naprawdę wyborne, dynamiczne i mięsiste riffy nadające potężnej motoryki temu albumowi. Nie można zapomnieć o świetnych solówkach, z których dwie (do "Cleansed Of Impurity" oraz "Survival Reaction" zagrał sam James Murphy, który już wówczas mógł się pochwalić sporą renomą. Bardzo charakterystycznym elementem, dopełniającym całości jest tu wokal Barretta - coś z pogranicza growlingu i
hardcore'owego krzyku. Gdy zespoimy wymienione wyżej składowe, to z całą świadomością podpiszę się pod stwierdzeniem jednego z moich kolegów, że
Solstice można nazwać takim oldschoolowym
deathcorem.
Co zaś się tyczy samych kompozycji, to ciężko jest tu znaleźć jakiekolwiek słabe punkty. Utworów jest zaledwie dziewięć i w sumie trwają nieco ponad pół godziny. To jednak wystarczy, aby naszpikowany kapitalnymi riffami "Survival Reaction" czy zmasowany perkusyjny atak w "Plasticized" przyprawiły fana dobrej muzyki o stan przedzawałowy z wrażenia. Ciekawostką jest natomiast fakt, że w utworze "S.M.D.", będącym coverem Carnivore, gościnnie w chórkach wrzeszczą Tony Teegarden (Cynic) oraz sam Scott Burns, którego fanom
death metalu przedstawiać chyba nie trzeba.
Może i nie jest to dzieło wybitne, które ma podstawy do tego, aby wpisać się w historię metalu złotymi literami - może, gdyby album powstał 3-4 lata wcześniej... niemniej jednak jeśli ktoś szuka death/thrashowego grania, gdzie wszystko chodzi jak w zegarku, a elementy
hardcore'u mi nie wadzą, ten nie powinien szukać niczego innego. "
Solstice" w swojej kategorii jest dziełem kompletnym, niebanalnym, a zarazem zapewniającym świetna rozrywkę. To jest taka perełka z lamusa, którą nie tylko warto poznać, ale warto zakupić.
Tracklista:
01. Transmogrified
02. Cleansed Of Impurity
03. Eternal Waking
04. Survival Reaction
05. S.M.D. (Carnivore Cover)
06. Netherworld
07. Plastcized
08. Catalysmic Outburst
09. Aberration
Wydawca: SPV/Steamhammer (1992)