Wracać wciąż do domu Le Guin
Zmierzch Bogów
Felietony :

Muzyka, matematykai polityka

muzyka, matematyka, polityka, felietonRzecz jest o muzyce, matematyce i polityce na tle nauk pierwszych Pitagorejczyków. Punktem wyjścia rozważań w sposób naturalny staje się podział uczniów Pitagorasa na co najmniej dwie grupy: matematyków i akuzmatyków. Co najmniej dwie, bo mówi się jeszcze m.in. o politykach, którzy znani są przede wszystkim z tego, że nie bardzo wiadomo za czym właściwie się opowiadają i o co im chodzi i opanowując tę sztukę niemal do perfekcji, stosują niezmiennie do dnia dzisiejszego.
Matematycy epoki starożytnej rozumieli tę naukę w dość podstawowy sposób - liczby. Dopiero rodziły się pojęcia liczb naturalnych, całkowitych a wraz z próbami pojmowania takich "abstrakcyjnych" działań jak dodawanie, odejmowanie, mnożenie czy dzielenie, doszło do odkrycia liczb niewymiernych. Nie wiadomo było jak zapisać stosunek przekątnej do boku kwadratu, stosunek długości obwodu koła do jego średnicy czy złoty podział odcinka w pentagramie. To było nieco trudniejsze niż zrozumienie klasycznego twierdzenia o długości przyprostokątnych i samego pojęcia kąta prostego stosowanego do dziś w konstrukcjach katolickich (sorry, nie mogłem się powstrzymać :)).

Akuzmatycy zwrócili uwagę, że struna o długości boku kwadratu i taka sama struna, lecz dłuższa - o długości jego przekątnej po prostu nie brzmią dobrze razem. To dziwne, przecież są to podstawowe wielkości jakie można przypisać jednej z podstawowych figur geometrycznych. Zaniechali zatem zagłębiania się w geometrię dwuwymiarową i skupili na poszukiwaniu "dobrze brzmiących razem odcinków". Najprościej było podzielić strunę na dwa odcinki i mamy tonikę i oktawę. Gdy podzielimy strunę na 3 odcinki - pojawia się kwinta i wraz z toniką i oktawą można już było łoić punka czy też power metal dzięki tzw. "power chord'om".

Wspomniany podział uczniów Pitagorasa odnosi się również do sposobu przekazywania wiedzy. Otóż Pitagoras opuszczał salę wykładową lub ukrywał się gdzieś w takich miejscach, żeby nie było go widać, ale żeby był dobrze słyszalny. W pewnych okolicznościach dało się "na słuch" zlokalizować położenie mistrza. W pewnym stopniu jest to podstawa rozumienia dzisiejszej muzyki akuzmatycznej. Większość muzyki dostępnej w dzisiejszych czasach nosi takie znamiona. Im więcej źródeł dźwięku tym łatwiej taki efekt zrealizować. Jest to dość trudne w przypadku źródła monofonicznego, ale już stereofonia wystarcza do wzbogacenia muzyki w przestrzenność, a systemy odsłuchowe typu 5.1 czy 7.1 robią głównie różnice, gdy zależy nam na efektach specjalnych. Słuchając muzyki ze świadomością przestrzeni zwracamy uwagę na wirtualne położenie skrzypiec, gitar, perkusji czy innych instrumentów, ograniczone mniej więcej przez rozstawienie zestawów głośnikowych (chociaż dzięki odpowiednim zabiegom fazowym można ten zakres nieco rozszerzyć). Wszystko po to, żeby stworzyć wrażenie obecności na koncercie kameralnym.

W przypadku ciężkiej muzy współczesnej, o której Pitagorejczycy zapewne mieli nikłe pojęcie, dąży się do uzyskania np. miażdżącej ściany gitar, których dźwięk dochodzi zewsząd. Jakaż byłaby siła przekazu Pitagorasa, gdyby miał do dyspozycji współczesne możliwości, zapodając swe twierdzenia growlem götebordzkim.

Wracając do sposobu szukania proporcji dźwiękowych przez pierwszych akuzmatyków, okazuje się on być całkiem niezłym odwzorowaniem możliwości odbioru dźwięków przez człowieka. Poprzez małżowinę, przewód słuchowy, błonę bębenkową, strzemiączko, młoteczek i kowadełko, drgania cząsteczek powietrza w postaci przetworzonej podrażniają rzęski (będące częścią ślimaka) o długościach odpowiadających wielokrotnościom długości fal drgającego powietrza. W uproszczeniu, zagrany dźwięk A na gitarze to podrażnione odpowiednie obszary ślimaka. Sam ślimak zwinięty jest niczym, hmmm ślimak, w coś w rodzaju spirali, dzięki czemu pogłębia się możliwość interpretacji harmonicznych przez podrażnienie również obszarów sąsiednich ślimaka, które nie sąsiadowałyby gdyby ślimak był rozwinięty i wyprostowany.

Akuzmatycy jednak aż tak dobrze budowy ucha nie znali, sprowadzali muzykę do roli czegoś metafizycznego, przeżycia mistycznego. Zresztą jedno z drugim się nie wyklucza i muzyka dla wielu wciąż pełni taką funkcję, na szczęście :). Mnie natomiast zaciekawiło podejście autora artykułu i pominięcie kwestii teologicznych w zdaniu dotyczącym "harmonii kosmosu". W naszej kulturze mówi się raczej o "mędrca szkiełku i oku" w opozycji do "czucia i wiary". Tymczasem to drugie zostało jakby zastąpione pojęciem muzyki lub też muzyka stała się pojęciem szerszym niż wiara. Co by było gdyby takie osiągnięcie greckiej myśli starożytnej zyskało większe poparcie w tamtych czasach? Czy mielibyśmy dziś sanktuaria muzyczne czy też światowe konflikty muzyczne prowadzące do upadku czy powstawania  wielu państw? Wydaje się to dziś totalną abstrakcją, ale zachęcam do gdybania jeśli ktoś ma ochotę.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły