Chodzi bowiem o to, że "
Dawnrazor" w powszechnej opinii nie jest wymieniany jako jeden z lepszych albumów formacji. Los chciał, że zanim usłyszałem klasyczne już "Elizium" oraz "The Nephilim" w moje łapki wpadł właśnie "
Dawnrazor" i nie bardzo świadomy byłem z jakim zespołem mam do czynienia. Dlatego chyba też nie będę zachwalał tej formacji pod niebiosa, gdyż omawiany krążek aż takiego wrażenia na mnie nie zrobił.
Niewątpliwie uwagę zwraca głęboki, bardzo posępny wokal McCoya i ogólnie dość zimny klimat tych kompozycji. Co zaś się tyczy samych kompozycji… to są do siebie bardzo podobne. W zasadzie wszystkie 13 kawałków oparte jest na podobnym schemacie i jest utrzymane w dość jednorodnym, rytmicznym tempie, kojarzącym się nie co z The Sisters Of Mercy, czy The Cure. W przeciwieństwie do ekipy Andrew Eldritcha w
Fields Of The Nephilim mamy do czynienia z instrumentalistami z krwi i kości i wszystko co tu słyszymy jest dziełem ludzki rąk i mózgów.
Pomimo, że "
Dawnrazor" jest niezłą płytą, to nie uważam jakoby poznanie tego wydawnictwa było rzeczą obowiązkową. Jak dla mnie jest to album z gatunku "znasz jeden kawałek - znasz całą płytę" po dwu-trzykrotnym odsłuchu nie chce mi się do niej wracać.
Tracklista:
01. Intro (The Harmonica Man)
02. Slow Kill
03. Volcane (Mr. Jealousy Has Returned)
04. Vet For The Insane
05. Dust
06. Reanimator
07.
Dawnrazor08. The Sequel
Wydawca: Beggars Banquet (1986)