Wieczorem wołam głośno moje imię i słucham, czy nie ma już echa. Może się cichutko wprowadziło, kiedy byłam na zakupach. Nagle z regału spada paprotka. Uderza o podłogę, traci część liści, a ciężka doniczka rozpryskuje się na miliony kawałków. Wszystko w promieniu metra pokrywa warstwa suchej ziemi. Wiem, że paprotka chciała popełnić samobójstwo, ale ja tak bardzo ją lubię, że znajduję nową doniczkę i jeszcze tego samego dnia obsypuję jej zraniony korzeń świeżą, żyzną ziemią. Stawiam ją trochę dalej od krawędzi regału, aby dywan nie kusił jej swą czerwoną bliskością.
Nareszcie zabrałam się za szafę pełną Jej ubrań. Ułożone w równe kupki, idealnie wyprasowane, pachną kremem Nivea i ziołową herbatą. Na górze leży Jej ulubiony błękitny sweterek. Jest stary i wyblakły, i tak bardzo mi ją przypomina, że od razu przestaję się garbić i zlizuję z ust ciemno-czerwoną szminkę. Delikatnie odkładam go na bok. Do szarych, kartonowych pudeł wkładam Jej bluzki. Te ze spiczastymi kołnierzami, szerokimi mankietami, krótkimi rękawami i długimi, i bez, czerwone, pastelowe, zielono-niebieskie, wzorzyste, gładkie, z żabotami, zdobionymi guzikami i tę zwykłą, szarą, w której chodziła. Potem spódnice, sukienki, swetry, pończochy, podkoszulki, halki... Nie wiedziałam, że jest tego aż tyle. Większości w ogóle nie nosiła, lądują więc te pudła na śmietniku, bez mrugnięcia okiem z mojej strony. Zostaje tylko ten błękitny sweterek... Długo wpatruję się w niego, dotykam delikatnego materiału. Zapalam lampkę, aby lepiej widzieć. Światło pada na ostrze leżących na podłodze nożyczek. Tnę sweter na małe kawałki i rozrzucam je po pokoju. Śmieję się do więdnącej paprotki.
Została mi jeszcze brązowa szafa. Nie mam do niej klucza, więc roztrzaskuję jej drzwiczki ostrym tasakiem do mięsa. Na zakurzonych półkach leżą trzy wielkie pudła. W pierwszym z nich są zdjęcia. Małe dziecko w niebieskich śpioszkach, z butelką pełną mleka – to ja, chudy brzdąc z rozdrapanymi kolanami i wielkim plastrem na czole – to też ja, ja przed studniówką, ja ze świadectwem maturalnym, ja na nartach, ja na karuzeli, w stroju kąpielowym, czarnym kostiumie, śnieżnej zaspie. Ja, ja i ja. Na odwrocie każdego zdjęcia – data. 25.03. Zakopane, 14.07. Władysławowo, 08.12. Zielona Góra... W drugim pudle są listy. Oprócz kilkunastu tajemniczych, grubych i przewiązanych różową wstążką, są niemal same moje – adresowane do Niej. Z kolonii w drugiej klasie podstawówki, z pierwszej ucieczki z domu, ze szpitala, z ferii zimowych, z pobytu na wsi... Począwszy od nieporadnych, dziecinnych gryzmołów, wypełnionych miłością i uwielbieniem, aż do suchych, oficjalnych notatek w szarych kopertach, z eleganckimi zawijasami przesyconymi nienawiścią. Trzecie pudło jest największe, po brzegi wypełnione dokumentami. Są tam akty urodzeń, ślubów, zgonów, świadectwa szkolne. Papierkowe historie życia kilku pokoleń. Układam je na kupki. Tutaj pradziadek Wojciech, tam babcia Zofia. Jej dokumenty palę. Jeden za drugim zwęglone układam do snu w kryształowej popielniczce. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Kilka minut i tak jakby nie istniała.
Na samym dnie pudła leży mój akt urodzenia i przypięta do niego krótka notatka lekarza odbierającego poród. Wynika z niej, że przyszłam na świat w ciepłe majowe popołudnie, o godzinie piątej trzydzieści, ważąc niecałe dwa kilogramy i krzycząc niemiłosiernie.
Mieszkanie wygląda już prawie tak, jak to sobie wiele razy wyobrażałam. Puste pokoje, gołe ściany i tylko kilka niezbędnych sprzętów. Idealne warunki dla echa. Halo! Nie ma go jeszcze. W następnym tygodniu zamaluję na biało te głupie, kwieciste tapety. Niedaleko bloku, w którym mieszkam jest nieduży, zielono-szary trawnik. Ozdabiają go metalowa, wbita krzywo w ziemię tabliczka, z napisem: "SZANUJ ZIELEŃ" i rozległe, wydeptane plamy gołej ziemi. Stoi tam małe drzewko akacji. Jego dolne gałęzie są zupełnie nagie, bo wszystkie nastolatki wróżą sobie delikatnymi, zielonymi listkami.
Kiedy byłam młodsza, a akacja niewiele wyższa ode mnie, zakopałam pod nią wszystkie swoje marzenia. Nadszedł dzień, aby je odzyskać. Ostrożnie rozkopuję twardą, czarną ziemię. Wchodzi mi ona za paznokcie, drobne kamyczki ranią palce. Korzenie drzewka rozrosły się w ciągu kilkunastu ostatnich lat i bronią dzielnie dostępu do moich tajemnic. Wreszcie udaje mi się je wygrzebać. Zostało niewiele. Marne szczątki, przegnite i wyblakłe. Niektórych wcale niema. Patrzę na to z niedowierzaniem. Ściskam je w dłoni i powoli wracam do domu.
Staję w progu i czuję Jej zapach. Wita mnie cisza – nie udało mi się wyhodować echa. Na półce paprotka smętnie spuszcza swe nagie gałęzie, pod którymi leży kupka zeschłych liści. Delikatnie umieszczam Królową w kuble na śmieci. Zasypuję zwiędłymi marzeniami. Siadam w kącie pustego pokoju i przytulam policzek do skrawka błękitnego materiału. Coś ściska mnie w gardle. Moja wolność ma słony smak.