Wracać wciąż do domu Le Guin
Zmierzch Bogów
Recenzje :

Percival Schuttenbach - Tutmesz-tekal

Każdy, kto usłyszał pochodzący z Lubina zespół Percival Schuttenbach, z pewnością określi go jako oryginalny. Sami o sobie członkowie grupy mówią, że grają kontaminację folku, metalu i klasyki z domieszką eksperymentów elektroniczno-rytmiczno-harmonicznych. I rzeczywiście - potwierdza to wydana przez nich własnym sumptem płyta demo: "Tutmesz-Tekal". Ten jakże dziwacznie brzmiący tytuł został zaczerpnięty z fantastycznego opowiadania autorstwa samych muzyków.
Nie tylko tytuł jawi się tajemniczo, a przede wszystkim zawartość albumu. Najbardziej trafnym określeniem dla muzyki Percivala byłoby miano "syntetyczna" czy też pełna kontrastów, z mocnym naciskiem na eksperymenty brzmieniowe i harmoniczne. Dwanaście utworów to podróż przez niezbadane zakątki różnych kultur, krain, głównie tych…fantastycznych.

Już pierwszy na krążku „Sargon” wprowadza słuchacza, poprzez dźwięki wydobywane z djembe, w pełen kolorytu świat muzyki folk i etno. Style zmieniają się tutaj jak w kalejdoskopie – mamy podkład rytmiczny rodem niemal z electro, potem zaś wstawki niczym z progresywnego metalu, po czym znów wracają elektroniczne sample. Nie trzeba przekonywać, iż efekt takiego kolażu jest intrygujący. Następnie – krótka miniatura „Dla Natalii”, oparta na dźwiękach basu z przesterowaną w tle gitarą.

„Gdy rozum śpi” jest najdłuższą kompozycją na „Tutmesz…” i bardzo też wielowątkową. Pojawia się tutaj wokal, a właściwie melorecytacja z partią sopranu w refrenie; w tle zaś pogrywają gitara elektryczna i wiolonczela. W środku utworu zaskakuje epizodyczny motyw zaczerpnięty ze stylu reggae, częste są też zmiany tempa i konwencji.

Zupełnie w inny klimat wprowadza „Atak maszyn” – ma on w sobie (zgodnie z tytułem…) coś z industrialu, głównie za sprawą ciężkiej, mechanicznej motoryki i ostrzejszego brzmienia gitar oraz zastosowania „sztucznych” efektów syntezatora.

Inny świat dźwięków rozpościera się przed odbiorcą wraz z miniaturką pt. „Ptaszkowi” przechodzącą płynnie w tytułowy utwór płyty. „Tutmesz-Tekal” zaczyna się transowym podkładem basu, by niemal od razu przejść w skomplikowany pod każdym względem ciąg przeplatających się motywów, głownie z wiodącą prym gitarą elektryczną, pulsującym basem i ciętymi partiami wiolonczeli, trochę dającymi skojarzenia z Apocalypticą. Jak dla mnie – bardzo progresywne, instrumentalne granie.

Dla fanów cięższych – metalowych brzmień – ciekawym zapewne wyda się dość dowcipnie zatytułowany utwór „Folk kalifornijski”, korzystający z motywów zaczerpniętych z dokonań takich sław jak Slayer, Megadeth czy Death. Ale nawet wśród tych brzmień pojawiają się instrumenty iście folkowe.

Następna kompozycja (już z „etnicznymi” wokalami) – „Vypraulyala maci syna” - to pochodząca z Białorusi pieśń ludowa, nagrana przy współudziale chóru Kniażyc. Natomiast „SNG GFX” to kolejna miniatura z udziałem automatu perkusyjnego i psychodelicznych solówek gitary.

W folkowo-progresywne rejony muzyczne kierujemy się z powrotem wraz z „Moribuką” – kompozycją pochodzącą z najwcześniejszych nagrań Percivala.
Zagadkowymi szeptami rozpoczyna się kolejny utwór o równie zagadkowym tytule –„Żyn czyn czyn”. Jak dla mnie, jest on najbardziej mroczny na całej płycie, najbardziej też uwidacznia się tu rola wspomnianego już wcześniej automatu perkusyjnego (aż żal trochę, że nie słychać tu „naturalnej” podwójnej stopy…).

Płytę wieńczy instrumentalna suita zatytułowana „Nilfgaard” (i znowu mamy tytuł zaczerpnięty wprost z prozy A. Sapkowskiego), z bardzo efektowną końcówką, potwierdzającą wysokie umiejętności muzyków (tutaj: gitarzysty, Mikołaja Rybackiego).

Jak widać, a raczej słychać - „Tutmesz-Tekal” jest tworem wielce oryginalnym, bije z niego pasja muzyków i zaangażowanie w osiągnięcie wysokiego poziomu technicznego wykonania. Doceniam także dużą dozę wyobraźni, jaką musieli wykazać się członkowie Percivala przy komponowaniu tak różnorodnych utworów. Wpłynęły na to zapewne muzyczne inspiracje, począwszy od m.in. King Crimson i Pink Floyd do nawet Sepultury czy Slayera. Jedyne w sumie, na co mogłabym narzekać, to trochę zbyt rzadkie wykorzystanie wokali oraz brak „świeżej” perkusji (choć przecież są bębenki djembe…).

Z własnego doświadczenia w słuchaniu tej płyty mogę powiedzieć, że za pierwszym razem jest ona nie do końca przyswajalna, trochę zbyt niespójna, chaotyczna, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywam jej całościowy sens. Kompozycje układają się w jedną, choć zmienną, ale opowiadającą o tym samym historię – opowieść o ezoterycznym świecie z pogranicza legend, mitów, magii i snów…

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły