Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Imprezy :

Brutal Assault - sen proroczy

brutal assault, sen, proroctwo, niewolnictwo, matrix, snocepcja, gimbo-metale, potrzebuje piwa

Nie wiem czy ekipa Brutalowa dołączyłaby to do części relacji z festiwalu, ale ja już żyję w innym świecie. Poniżej spis   proroczego snu festiwalowego, uważajcie na siebie. Jutro brutal, a wiecie jak to jest, gdy nie możesz się czegoś doczekać. Wyjeżdżasz na festiwal N raz, a zachowujesz się jak dziecko czekające na pierwszą świadomą gwiazdkę. Wracając do sedna sprawy. Krótka drzemka 10-minutowa przeradza się w dwugodzinny głęboki sen. Oczywiście ze standardami aktualnej pory dnia i temperatury powietrza. Właściwie to każdej pory dnia i roku oraz każdej temperatury.

Sen. Patrząc na wysokość słońca jest około godziny 16:00. Odwracam się by spytać znajomych o której gra Gojira. W końcu nie po to mam przepisaną ręcznie karteczkę z tekstami by ich przegapić. Znajomych jednak nie było. W tle słychać jedynie cipo-cory połączone z Lady Gagą i nową płytą Netskiego. Idę po piwo z nalewaka, bo wszystkie własne stanowczo zniknęły. W przeciwnym do mojego kierunku biegną kolorowe gimbo-brudy w koszulkach Korna i Slipknota. Szybki forward taśmy. Jak wypadł koncert niestety Wam nie opowiem, bo w drodze do piwoleja spotkałem starego żula z koszulką Deicide. Nie mówił, ale był miły.

Zaskoczenie! Nie było pola namiotowego, żadnych namiotów, turków, ani nawet folii malarskiej! Zamiast żerowiska małych i uśmiechniętych cyganków stały apartamentowce z głowami w chmurach (tu się przyznam, że z głowami to trochę moja wyobraźnia, bo przez chmury nie widziałem co tam jest). Niestety wieżowce budowali Polacy i nie było wind. Jeździły za to taksówki – taki mały roller coaster drogą wzdłuż narożników, tylko że to nie był ani roller, ani coaster. Jechało się jednakże równie szybko. Po bezproblemowym meldunku kładę się do jednoosobowego łóżka w moim metalowym apartamencie.

Snocepcja. Widzę obce mieszkanie i równie obcych ludzi. Idę przed siebie i czuję, że zaraz w coś wyrżnę. Lata doświadczenia i praktyki w lunatykowaniu pozwoliły mi ustalić, że znajdowałem się nie tam gdzie nie powinienem. Nie znając terenu wyrżnąłem w niewidzialną ścianę z równoległej nierzeczywistości. Otwieram oczy. Szybkie odetchnięcie ulgą. Raz, dwa – tak by nie stanęła w gardle.

Pod nóż! Zamiast łóżka miękkiego jak aksamit widzę stół operacyjny. Setki stołów operacyjnych, a na nich setki brudasów z jeszcze nietłustymi włosami. Wszyscy jak jeden mąż podłączeni do czarno-czarnej wieży Unitry podpisanej ‘śmieci do śmierci’. Cokolwiek to oznaczało. Przerażony, szybkim truchtem wybiegłem do sąsiedniej sali. Z kolejnego urządzenia grającego wydobywały się ciche jęki biednego kastrata, którego nie mogłem w tamtej chwili rozpoznać ‘pluszowy miś [..] kwiaty [..]ani róże ani całusy małe, duże’. Wtedy wszystko zrozumiałem. Małym gimbo-metalom ładowali do mózgu pełną dyskografię happy sadu. Cały kompleks budynków, to była jedna wielka metalowa macica, wypluwająca tysiące czarnych klonów.

Ucieczka. Sądząc, że uciekam, zagłębiałem się coraz bardziej w ten jeden wielki horror-show. Pomyślałem o wielkim szczęściu osobistym z powodu tak długiego przebywania niezauważonym. I to był błąd. Z prawej strony wybiegło dwóch strażników ubranych w super nowoczesne, dźwiękoszczelne kombinezony. Prawdopodobnie jeden z nich krzyknął ‘brać go’, ponieważ zza jego pleców wyskoczył kilkumetrowy, humanoidalny pan bez rąk. Krzycząc’ aaaaa’, brzydki pan przedrzeźniał mnie ‘grghrhrh’, wbiegłem do kolejnej sali. Widzę płaczącą dziewczynkę w koszulce Static Tensions, zrozumiałem, że jej mózg odrzucił nową płytę Kylesy. Od razu straciłem szacunek do pracowników laboratorium. Złapałem ją za rękę i susami pobiegliśmy w stronę ściany w pokoju z jednymi drzwiami. Drzwiami, przez które przebiegał brzydki pan, machając złowieszczo nogami. Tak jak na prawdziwego pana bez rąk przystało. To nie był jakiś tam amator. Jednakże! Mama postanowiła urodzić mnie w czepku, więc w mgnieniu oka dostrzegłem wejście do szybu wentylacyjnego o wymiarach równo metr siedemdziesiąt pięć na metr siedemdziesiąt pięć. Dziewczynka się nie zmieściła, była trochę szersza i potwór ją zjadł.

Wolność! Dobiegłszy do końca szybu wyskoczyłem na zewnątrz i w lisich podskokach uciekłem z ośrodka. Wiedziałem jednak, że coś musi się i tak spierdolić. Nie myliłem się. Zza drzewa wybiegł Arek M. witając mnie jako pierwszego i zapewne jedynego uczestnika nowej edycji Hunterfestu. Nie musząc zawracać sobie głowy załatwianiem formalności związanych z organizacją festiwalu, opowiedział mi całą historię klono-metalo-niewolników. Większość metali traci chęć do pracy fizycznej po miesiącu ciężkiej harówy. Dlatego też, czyści im się umysły i organizuje festiwale by nabrali chęci do życia. Było mi smutno. Wtedy dopadł mnie pan bez rąk. Zza płotu było słuchać tłuste basy elektro-niewolników.

Komentarze
lord_setherial : Smacznego! :D
oki : dobrze, że ktoś w końcu kogoś zjadł:)
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły