Anotherland
Lem
Blog :

Czary mary, Abracadabra...

...czyli o wielkich zespołach w małych miastach.

Sala 15 na 20 metrów, niecała setka ludzi (to chyba nawet trochę za dużo powiedziane...) i nieco rozczarowany wzrok Anji, który zamiast romantycznie uciekać w dal zatrzymywał się na najbliższej ścianie (pomalowanej w wielkie kolorowe koła - ach ta Pracownia...).Mniej więcej tyle zapamiętałam z wczorajszego koncertu przesławnego Closterkellera, na którego trasie ktoś nieopatrznie umieścił me rodzinne (tfu tfu) miasto Łowiczem zwane.

Powróciwszy w piątek z Warszawy złapałam się za głowę i zaczęłam lamentować nad swoją głupotą. Nie dość, że w stolicy ominęło mnie kilka sympatycznych wydarzeń kulturalnych, to jeszcze nie zarezerwowałam sobie biletu na koncert legendy polskiego gotyku. Closterkeller nie należy do ścisłej  czołówki moich ulubionych zespołów, nie mniej jednak na koncert chciałam wybrać się  z kilku mniej lub bardziej ambitnych powodów. Pomijając kwestie rozrywki, spotkania ze starą gwardią znajomych itepe itede, zagościła w mej głowie ciekawość jak sobie będzie radzić na małej scenie zespół przyzwyczajonych do licznej publiki, który dawał koncerty na Woodstocku, Jarocinie, czy CP, oraz daje je wciąż regularnie w największych miastach Polski. Będąc świadoma dwóch faktów - niewątpliwej sławy Clostera i jednoczesnego zacofania kulturalnego i rozrywkowego naszego miasta (połączonego z totalnym brakiem wcześniejszych imprez w tym stylu, brakiem porządnej reklamy i generalnie brakiem wszystkiego. Co tu gadać...) opracowałam w mojej głowie dwa scenariusze. Jeden czarny, o którym za chwilę, i drugi, również czarny, ale tylko z dlatego, że z powodu tłumów które zwalą się na koncert nie będzie już wolnych biletów, i zwyczajnie zostanę przed bramą. Stąd też lament nad głupotą, którego, jak okazało się o godzinie 19 przed wejściem do Pracowni Sztuki Żywej, mogłam sobie oszczędzić. Na imprezę przybyło kilkadziesiąt osób, w tym głównie ludzie ze Skierniewic, Koła, Konina, i oczywiście Łowicza. Sala do połowy pusta (ale też, jakby na to nie patrzeć, do połowy pełna) wibrowała sobie w rytm piosenek niezbyt długo, bo tylko do 3 bisu,  a opuszczająca ją publika wydawała się mieć w głowie mętlik podobny do mojego. Koncert niby dobry, bo głos pani Anji czarował jak zwykle, a jednak... No właśnie. Atmosfera. Klimat. Jedność ludzi pod sceną, i inne tego typu frazesy, które niby oklepane i wytarte, mają jednak zajebiście wielki wpływ na koncert. Dodać do tego można jeszcze nastawienie zespołu, które w tym przypadku miało w sobie szczyptę rozczarowania, czy może nawet... zniesmaczenia? Ale kto by nie był zniesmaczony niezbyt rozgarniętym chłopaczkiem z irokezem, który ciągle domagał się Władzy, i grupką facetów opijających piwo i podpierających ściany...

Tak więc uczucia mieszane. Sama pamiętam jak miałam żal do władz miasta, o to, że kulturalnie i rozrywkowo nasze miasto leży i kwiczy, a o alternatywnych imprezach można zapomnieć (nie licząc cyklicznych koncertów Farbenów. Tyle dobrego), ale jeśli inicjatywa PSŻ ma się kończyć na załatwieniu koncertu i wywieszeniu plakatów tydzień wcześniej, to może rzeczywiście lepiej, żeby zespoły pokroju Closterkellera odwiedzały tylko większe miasta i wieksze imprezy. Przecież zawsze można dojechać, a oszczędzilibyśmy sobie a)zdziwienia ze strony zespołu, który szykując się na koncert, co przecież też wymaga nieco wysiłku, zastaje pod sceną smętną grupkę osób, b) rozczarowania publiki, która w małym, kameralnym wręcz gronie nieznajomych bawi się dość średnio, choć oczekiwała wielkiego show, no i c) bezpodstawnego zadowolenia obsady Pracowni, która myśli, że wystarczy "zorganizować" taki koncert żeby można było powiedzieć, że w Łowiczu "coś się dzieje. Oczywiście władze to podchwycą, bo jakże by inaczej, i w rezultacie Łowicz dalej będzie jałowym, wegetującym smutno miasteczkiem między Łodzią i Warszawą.
Smutno.
Ale świetlanych planów na przyszłość narazie brak.

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły