Kapela Jimmy'ego Gnecco robiła się coraz popularniejsza i wszystko byłoby bardzo pięknie, gdyby wokalista
The Ours nie był klonem świętej pamięci Jeffa Buckleya. Bo trzeba Wam wiedzieć, mili czytelnicy, iż Gnecco od lat pacholęcych wzrastał w podziwie dla Buckleya, przy czym uwielbienie to było tak wielkie, że Jimmy przejął charakterystyczną manierę śpiewania Jeffa. A że głos miał z natury podobny...
Pomimo tego podobieństwa głosów i sposobu śpiewania twórczości Gnecco słucha się całkiem przyjemnie (choć trzeba to czynić z przymrużeniem oka - bo to twórczość baaardzo "emo"cjonalna). A teraz słów kilka o zawartości płyty "The
Distorted Lullabies". Otóż, jak wspomniałam wcześniej, kapela Gnecco prezentuje bardzo emocjonalny gatunek muzyki. Jeśli się wsłuchać w teksty, to okazuje się, że traktują w większości o traumatycznych przeżyciach, rozczarowaniach i depresjach Gnecco - a to boli go dusza, a to serce mu się łamie, a to wplątał się w jakąś trudną miłość. Tragedia ból i ciachanie się żyletkami... Gdyby zebrać do kupy wszystkie tematy, poruszane na płycie, to dałoby się uskładać z nich kilka smętnych darkplanetowych wierszy.
Na szczeście, owe głębokie jak dół cmentarny i piękne niczym zachód słońca nad plażą nudystów teksty okraszone zostały całkiem ładnymi melodiami. A i Gnecco dysponuje całkiem niezłym głosem (słychać to kiedy nie stara się śpiewać jak przyciskany do muru kastrat Farinelli).
Ogólne wrażenie po przesłuchaniu "The
Distorted Lullabies" pozostaje pozytywne. I moja ocena też będzie pozytywna - przyznaję 6,5 na 10 punktów. Nawet jeśli ta płyta została zaprojektowana tak, aby podobać się płci pięknej, łasej na jęki i maiukoty współczesnych trubadurów.
Wydawca: DreamWorks Records (2001)