Otóż
The Mass dosyć odważnie łączy
jazz (obszerne wykorzystanie
instrumentów dętych), punkowe niechlujstwo, nieprzewidywalność
Fantomas, komercyjność i ciężar KoRn, nowoczesną wizję oldschoolowego
stylu (sporo riffów i partii wokalnych kojarzyło mi się z Mastodon).
Najciekawsze jest to, że pomimo tylu źródeł inspiracji, pomimo sporej
różnorodności wśród tych ośmiu utworów, "
City Of Dis" broni się jako
całość. Zdecydowanie najmocniejszym punktem grupy są te
jazzowe
momenty, gdy zespół swobodnie przechodzi od prostoty do zakręconych,
abstrakcyjnych dźwięków. Dobrze wypadają też te bardziej klasyczne
momenty. Słabym punktem, który w pewien sposób rozmienia tę płytę na
drobne, są właśnie nawiązania do tych bardziej nowoczesnych kapel. Choć
nigdy nie byłem fanem KoRn, to jednak ekipa Jonathana Davis'a to co
robi, robi zazwyczaj o wiele lepiej nż
The Mass. Pewną irytację wzbudza
także owa różnorodność - są momenty, gdy przejście z jednej stylistyki
w drugą jest zbyt gwałtowne i kompletnie wydawałoby się nietrafione.
Zabrakło mi także na "
City Of Dis" utworu, który by w jakiś szczególny
sposób ujmował, wyróżniał się.
Rzeczywiście -
The Mass nagrało
album pełen kontrastów, sprzeczności, intrygujący, wciągający,
pasjonujący. Jego prawdziwą bolączką jest to, że jest on nierówny. Są
momenty, gdy pieję z zachwytu, gdy słyszę
jazzowe wibracje, innym razem
mam napad epileptyczny, gdy słucham, że chłopaki chcą trochę "pobujać".
Myślę, ze można zaliczyć ten album do dobrych, gdyż spełnił swoją
funckję - zaintersował i wywołał jakieś odczucia skłaniające do
ponownego sięgnięcia po niego.
Wydawca: Crucial Blast (2005)