Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Soulfly, King Parrot, Incite, Lody Kong - Alibi Wrocław (27.02.2016)

Soulfly, King Parrot, Incite, Lody Kong, PW Events

Dwa lata kazał na siebie czekać Max Cavalera na swój kolejny przyjazd do stolicy Dolnego Śląska. Poprzednim razem było to dokładnie 15 czerwca 2014 roku. Zarówno promocja wcześniejszego krążka Soulfly "Savages", jak i najnowszego wydawnictwa tego zasłużonego dla gatunku zespołu odbyła się we wrocławskim klubie Alibi, który to już niejedną metalową sławę gościł. "Archangel", bo o tym albumie mowa, jak widać po sprzedaży biletów na opisywany koncert, został przyjęty bardzo dobrze, albowiem kilka dni przed koncertem wejściówek nie sposób było już nabyć.

Supportów na Archangel Tour nazbierało się dość sporo, bo przed główną gwiazdą miały wystąpić aż trzy zespoły, co na mój gust to o jeden za dużo. W tym zestawieniu nie było przypadku, albowiem pierwszy z nich Lody Kong to zespół synów Maxa - Zyon (bicie jego serca było umieszczone na albumie "Chaos A.D." Sepultury jako intro) i Igor. Dobry ojciec daje się wykazać swoim chłopakom, a co za tym idzie nabierają oni doświadczenia muzyczno-scenicznego, a to oczywiście jest bardzo ważne.

Kolejnym bandem mającym zaszczyt wystąpić przed wrocławską publicznością był Amerykański Incite. Tym razem klan Cavalera nie odpuszcza, gdyż i w tym zespole można doszukać się członka tej metalowej familii. Chodzi tu o pasierba Maxa - Richiego, który jest gardłowym w tej thrash/groovowej formacji. Panowie znają się doskonale ponieważ cześniej mieli do czynienia w formacji Nailbomb, gdzie wspomniany Richie wspomagał Maxa podczas koncertów.

King Parrot był ostatnim supportem tamtego wieczoru. Tym razem nie mieliśmy do czynienia z żadnym z muzyków noszącym nazwisko Cavalera. Co za dużo to nie zdrowo, jak to mówią. Australijczycy po raz pierwszy z tego co się orientuję mieli okazję zagrać w naszym kraju. Ich thrash/grindowe zakrętasy przypadły do gustu tym, którzy tamtego wieczoru przyszłi do wrocławskiego Alibi.

Jak już wspomniałem wcześniej, pierwsi na scenie pojawili się Lody Kong, którzy mają jak na razie jedną epkę "No Rules" oraz wydaną w tym roku pierwszą pełną płytę długogrającą "Dreams And Visions". Pisząc długogrającą troszkę się zagalopowałem, albowiem ten album trwa ciut ponad 30 minut. O występie Lody Kong można powiedzieć jedno - niedaleko pada jabłko od jabłoni. Taka prawda - wpływ ojca na muzykę, jaką tworzą jego synowie jest bardzo duży, jak nie kluczowy. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że Zyon od 2012 na stale bębni w Soulfly, także Lody Kong jest niejako jego przedłużeniem. Jedyną różnicę jaką od razu dało się zaobserwować w tym przypadku to inny wokal, ale i on może w przyszłośći ulec zmianie. Sam występ mógł się podobać. Czas, który ci młodzi adepci sztuki metalowej dostali od organizatora wykorzystali należycie. Było głośno, energicznie, ludzie się bawili i o to chodzi.

Niedługo po występie Konga przyszedł czas na Incite. Panowie z Phoenix w Arizonie zaprezentowali fanom dość krótki set, jednak tak samo jak w przypadku Lody Konga był on należycie napełniony emocjami i zagrany z jajem. Całkiem niezła porcja thrashu. Lubię kiedy zespół daje z siebie maximum mimo świadomości, że nie ma za wiele czasu na występ i dane chwile wykorzystuje jak najlepiej. Za tym idzie to, że takie występy się zapamiętuje. Richie i spółka zaprezentowali numery (jeśli się nie mylę) ze wszystkich swoich wydawnictw, począwszy od epki "Divided We Fail" z 2009 roku na trzecim pełnym krążku "Up In Hell" z 2014 roku kończąc.

Czas biegł nieubłaganie, a co za tym idzie, na scenie zmeldował się australijski King Parrot. Ten sympatyczny kwintet z racji wykonywanej muzy, czyli lekkiego grindu z elementami thrashu, zaprezentowała trochę więcej numerów niż wcześniejsi wykonawcy. Stało się tak, ponieważ ich numery są po prostu dość krótkie. Bez żadnego pitolenia -krótko zwięźle i na temat - tak King Parrot zaprezentował się wrocławskiej publiczności. Grupa miała okazję zaprezentować utwory z całej swojej dyskografii, czyli z epeki "The Stench Of Hardcore Pub Trash" z 2011 oraz z pełnych wydawnictw "Bite Your Head Off" z 2012 roku i "Dead Set" z 2015. Ich występ można podsumować w sposób taki, że było to bardzo dobre rozgrzanie przed gwiazdą wieczoru - Soulfly.

W dobie internetu i tym co człowiek może tam znaleźć jestem przekonany, że grono ludzi, którzy przyszli, przyjechali czy w jakiś inny sposób znależli się we wrocławskim Alibi ostrzyło sobie zęby na ten występ. Patrząc z perspektywy czasu (tj. tuż po koncercie) przyszło jadnak wielkie rozczarowanie, ale o tym za chwilę.
Soulfly zaczął stardardowo (patrząc na setlistę ze wcześniejszych gigów na tej trasie), czyli numerem "We Sold Our Souls To Metal", potem poleciały "Archangel", "Blood Fire War Hate", "Refuse/Resist", "Arise" Sepultury, "Tribe", "Seek 'N' Strike" i kilka innym numerów. Publiczność szalała, ludzie bawili się znakomicie. Licznik, z tego co pamiętam, zatrzymał się na 13 numerach zagranych po prostu świetnie. Wszystko wydawałoby się dobrze, ale jak dla mnie było "kurewsko daleko od ok" (cyt. "Pulp Fiction"). 


Nasuwa się pytanie, czy osoby uczestniczące w koncertach w naszym kraju są gorsi od fanów metalu z zachodnich krajów Europy. Czy jakiś tam Hans, Pierre, John, Bjorn czy jeszcze inny Zenek są lepsi od naszych Janków czy Kaś. Otóż nie są, jednak w opini Maxa tak właśnie jest. Napisałem wyżej, że licznik zatrzymał się na liczbie 13 nie bez przyczyny. Moim zdaniem Ci, którzy kupili bilet na opisywany koncert za ciężko zarobione pieniądze mogą i powinni się czuć oszukani. Czemu? Dzień wcześniej, czyli 26 lutego Soulfly zagrał 2 numery więcej, natomiast podczas tej samej trasy, 21 lutego w Wiedniu, Max i spółka zaaplikowali swoim fanom aż 20 numerów. Coś tu moim zdaniem jest nie halo. Bilety na koncerty są generalnie w tej samej cenie i nie ma znaczenia czy to jest Wrocław czy Wiedeń. Nie wiem co gwiazda sobie myślała, wiem z doświadczenia, że artyści w miarę możliwości grają krócej, gdy publiczność nie dopisuje. Tym razem tak nie było, także nie było żadnych podstaw do zejścia ze sceny tuż po wykonaniu raptem 13 kawałków. Generalnie - żenada.


Ciekawi mnie jedna rzecz. Czy Max Cavalera w ogóle będzie o tym co się stało pamiętał, czy ewentualnie, ktoś z jego otoczenia mu o tym przypomni i w razie ewentualnego ponownego przyjazdu na koncert do Wrocławia coś z tym zrobi. aby to zadośćuczynić? Czy znajdzie się ktoś na tyle odważny, aby powiedzieć, że ostatnim razem dali po prostu dupy z ilością numerów, i że potraktowali tych, którzy przeszli na koncert Soulfly we Wrocławiu, jak fanów drugiej lub trzeciej kategorii? Pożyjemy zobaczymy.

Po zejściu Soulfly ze sceny dało się odczuć niedopełnienie koncertowe, że tak powiem. Ludzie czuli wyraźny niedosyt. Wszak nie był problemów z nagłośnieniem, jak to czasem w Alibi bywa, jednakże jest często coś. Tym cosiem tym razem był czas występu brazylisjko/amerykańskiej formacji.

Reasumując: szedłem głównie na Soulfly i choć supporty dały radę, to całość nie może być wyżej oceniona niż na 2+. Wystawiając taką a nie inną notę oceniam fakty. Po prostu "nie chcem ale muszem".

Organizator: PW Events.

Ocena szkolna: 2+

Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły