Muzycznie też album zapowiadał się wyśmienicie - powrót Jona Olivy, Al Pitrelli i Chris Caffery na wiosłach ... Na zapowiadaniu się niestety skończyło, a efekt jest ... przęciętny. Potwierdziła się powszechna opinia, że Caffery i Pitrelli to świetni rzemieślnicy - niestety ich gra jest pozbawiona ducha. Największym rozczarowaniem jest jednak wokal Zakka Stevens'a - o ile na wydanym pięć lat wcześniej "Egde Of Thorns" czarował głosem, o tyle tutaj wydaje się być zbyt mocny i patetyczny przy tych dźwiękach. Fakt, że usłyszymy tu mocne i naprawdę porywające numery jak "Morning Sun" czy "Turns To Me", ale obok nich znalazło się miejsce dla takich gniotów jak "Anymore" czy "Paragons Of Innocence". Z drugiej strony, odniosłem wrażenie, że zespołowi miejscami brakuje pomysłu na melodię - to właśnie w tych momentach wokal Stevensa najbardziej kaleczy całość. Od strony muzycznej, jak na płytę koncepcyjną, to jest tu spora różnorodność, a to niestety raczej nie sprzyja temu, że album brzmi jak jedna historia.
"The Wake Of Magellan" to rozmaszyste dzieło, któremu zespół nie podołał. Zabrakło przede wszystkim życia. Od strony instrumentalnej jest to dobry album, ale niestety - chłodnym okiem patrząc, ogromnego zaskoczenia nie ma. Są momenty porywające, są takie, że aż rany wypalają. Smuci mnie słaba forma Stevens'a, rozczarowuje rzemieślnictwo, a nierówny poziom krążka irytuje mnie bardziej niż detektywa Munka. Myślę, że po tym zespole można było oczekiwać trochę więcej.
Wydawca: Atlantic Records (1998)