Omawiany tutaj krążek, to prawdziwy epicki power/heavy/thrash podrasowany odrobiną progmetalu w stylu Fates Warning jak i hardrockiem w stylu Whitesnake. Album posiada bardzo poetycka formę, jest pełen przepięknych, ujmujących melodii, posiada przygnębiającą atmosferę, a mimo tego melodie są przebojowe i porywające, ale w żadnym wypadku ckliwe - same kompozycje, całkiem przypadkowo stały się epitafium człowieka, który odcisnął największe piętno na tym albumie, a mianowicie Crissa Olivy.
To co wyczynia ten bardzo niedoceniony i zapomniany gitarzysta, powoduje, ze zapominam o takich tuzach jak Hammett, Friedman, Dimebag czy o 95% innych herosów gitary. W grze Olivy jest mnóstwo pasji, żywiołu, ognia i przepięknych melodii. Jego gra jest bezbłędna technicznie, pełna technicznych fajerwerków, które nie powodują odruchów wymiotnych. Każdy dźwięk wydaje się być wyważony i potrzebny. O ile jeszcze riffy utrzymane są w standardowej konwencji, to solówki ... zabijają to za słabe słowo.
Już otwierający płytę utwór tytułowy - utrzymany w kroczącym tempie, z akompaniamentem pianina pokazuje zespół w pełnym biegu. Stevens jawi się jako wokalista mocnym, zdecydowanym, a zarazem bardzo emocjonalnym glosie - barwa przypomina troszeczkę "brudniejsza" wersje Tony'ego Martina z Black Sabbath. Pomijając fakt, ze utwór ma jedną z piękniejszych melodii jakie dane było mi usłyszeć, to solo Olivy zagrane z rytmem rodem ze szwajcarskiego zegarka wprawia w konsternację. A to dopiero namiastka. "He Carves His Stone" to już prawdziwa eksplozja talentu - najpierw przejmująca melodia w solówce, a kiedy utwór przyspiesza Oliva pokazuje, że gryf jest dla niego za krótki, a gitara ma za mało strun - tappingi gonią wykostkowania, dzieje się tutaj wiele. Niewiele inaczej jest w "Lights Out" ze skandowanym refrenem. Jeśli dodam, ze takie utwory jak mroczny "Degrees Of Sanity", odrobinę balladowy "Follow Me" czy absolutny majstersztyk w postaci "Conversation Piece" z whitesnakowym feelingiem, posiadają tak przejmujące i intrygujące melodie, oraz solówki jedne z lepszych jakie w życiu słyszałem (zwłaszcza "Conversation Piece" - cudeńko) to powinniśmy otrzymać namiastkę obrazu tego albumu. Na krążku mamy także marszowy, ciekawy rytmicznie "Damien", gitarową miniaturkę w postaci "Labirynths", fortepianowe cacko w postaci "Exit Music", balladowe "All That I Bleed" czy absolutnie fantastyczny, akustyczny "Sleep" z piękną melodią i wyciszonym głosem wokalisty.
Nie mam żadnych wątpliwości, ze "Edge Of Thorns" jest szczytowym osiągnięciem zespołu. Stevens świetnie wpasował się w zespół, a utwory pomimo patetyczności nie są w żaden sposób tendencyjne, ckliwe czy wymuszone. Każdy utwór na tym albumie to klasa sama w sobie. I pomimo tego, ze zespół nie wprowadza niczego nowego, nie rewolucjonizuje gatunku, to mało komu udało się przelać tyle emocji na dźwięki a jednocześnie nie pozbawić utworów dynamiki, czadu i melodii. Chociażby to świadczy o tym, ze muzycy
Savatage są dobrymi kompozytorami. Oddzielny hołd należy się Crissowi Olivie, który tym albumem ośmieszył gitarzystów wychwalanych przez krytyków pod niebiosa. Solówki choćby z "He Carves His Stone", "Degrees Of Sanity" czy "Conversation Piece" powodują u słuchacza z wrażenia stan przedzawałowy.
Los chciał, ze jeszcze w tym samym roku świat stracił fantastycznego gitarzystę. Criss Oliva zginął będąc potraconym przez pijanego kierowcę. Ci jednak, którzy pamiętają o tym zapomnianym muzyku, są świadomi jego geniuszu.
R.I.P. Criss Oliva (1963 - 1993)
Wydawca: Steamhammer Records (1993)