Zastanawiając się od czego zacząć analizę tego wydawnictwa stwierdziłem, że chyba najlepiej na wstępie zaznaczyć, że miał to być chyba najbardziej ekstremalny projekt tego muzyka. Nic więc dziwnego, że w składzie pojawił się były muzyk Napalm Death - Mick Harris, który z tą muzyką był swego czasu za pan brat. Zapis koncertu z Nagoyi udowadnia jednak, że Zorn nie oddać się ekstremie bezgranicznie i nie zamknął się w sztywnych ramach. Koncert bowiem po prostu miażdży! Należałoby zacząć od tego, że mamy tu do czynienia z
avant-jazzem, lub - jak bardziej fachowo określono ten projekt -
avant-corem. Oprócz bowiem całej jazzowej otoczki słychać wyraźnie, że Harris nie jest perkusistą jazzowym i jego grindcore'owy dryg jest bardzo widoczny. Nie jest to jednak wcale zarzut, gdyż przyglądając się wyraźnie dźwiękom łatwo stwierdzimy, że "Talisman" to emocjonalna rzeź, totalna dysharmonia, a jednocześnie genialnie wyważone utwory i improwizacje. Jazgotliwe partie saksofonu Zorna wprost przeszywają - niewątpliwie miejsce koncertu miało fantastyczna akustykę. To samo można powiedzieć o brzmieniu pozostałych instrumentów - bas Laswell brzmi potężnie, zaś gary Harrisa wydają się być wyjęte żywcem z Morrissound.
Na krążku znalazły się zaledwie 3 kawałki z czego pierwszy z nich, 31-minutowy "Batrachophrenoboocosmomachia" uchodzi za jedną z najlepszych improwizacji we współczesnym jazzie. Ten utwór rzeczywiście pokazuje cały asortyment jazgotliwych, pełnych bólu i złości dźwięków. Ku zaskoczeniu, muzycy nie starają się robić permanentnej nawałnicy - ona jest podawana w racjonalnych ilościach, natomiast jej jakość zapiera dech w piersiach. Pozostałe dwa kawałki nie dostają poziomem ani estetyką, gdyż uczucie niepokoju, furii i swoistego mistycyzmi i niedopowiedzenia towarzyszy na do samego końca.
Wiele osób uważa, że ten album jest bardzo ciężki w odbiorze, choćby ze względu, że każdy z muzyków gra tutaj w dość furiatyczny, szorstki sposób, jakby w ich duszach krążyły najciemniejsze myśli. To da się wyczuć w muzyce i niełatwo jest przetrawić to morze dysharmonii. Prawda jest jednak taka, że na tym wydawnictwie Zorn nie pozwolił sobie na a drobinkę groteski, pastiszu czy eksperymentu. Tutaj nawet przypadkowy dźwięk wydaje się być zamierzonym. Póki co jest to chyba moja ulubiona pozycja w dyskografii Zorna, na której ciężko jest dopatrzyć się wtórności. W zamian za to dostajemy perfekcyjnie zagrane, okraszone posępnym, ale intymnym klimatem wydawnictwo prezentujące bardzo świeże i oryginalne podejście do jazzu.
Tracklista:
01. Batrachophrenoboocosmomachia
02. Transport Of Sorcerers
03. Ahamkara
Wydawca: Tzadik (2002)