Wracać wciąż do domu Le Guin
Zmierzch Bogów
Recenzje :

Obituary - World Demise

Obituary, World Demise, death metal

Już na pierwszy rzut oka widać, że na czwartej płycie Obituary coś się zmieniło. Martwe, malowane krajobrazy zastąpiło zdjęcie koszmarnego, przemysłowego miasta, którego fabryczne kominy wyrzucają w atmosferę wielkie kłęby zabójczego dymu. W tym dymie znajduje się logo zespołu, a tytuł na dole obwieszcza światu zgon. Po rozwinięciu okładki, zamiast tekstów, napotykamy kolejne zdjęcia, które obrazują, nędzę, zanieczyszczenia, narkomanię, choroby i kłusownictwo.

Połowa lat dziewięćdziesiątych to nie był dobry czas dla death metalu. Dla jednych przestał być tym ekstremum i pochłonięci czarną falą stanęli do niego w opozycji, dla innych wciąż był zbyt brutalny i mało atrakcyjny, więc coraz większy rozgłos zaczęły zdobywać zespoły melodyjne i symfoniczne. Starzy krezusi poszli w odstawkę. Liczby sprzedanych płyt zaczęły dramatycznie spadać, a widownia koncertowa gwałtownie się kurczyła. Mówiło się, że jest to wypalony gatunek, którego już nie można rozwinąć. Że wszystko już zostało zagrane i jego czas się skończył. Wiele zespołów zaczęło zmieniać swoje podejście do muzyki i ta tendencja nie ominęła również Obituary.

Przede wszystkim "World Demise" to płyta mniej intensywna od poprzednich, za to bardziej wyrazista i przebojowa. Jest taka bardziej przystępna i ma dużo swoich charakterystycznych punktów. Takie "Don't Care" czy "Final Thoughts" to są utwory stylizowane na hity, których wcześniej w twórczości Obituary nie było. Oczywiście te zmiany spowodowały obniżenie death metalowej siły rażenia. Riffy nie są już tak miażdżące, a atmosfera tak śmiercionośna.

Druga podstawowa nowość to zastosowanie efektów elektronicznych. Na płycie występuje ich dość sporo, choć pełnią rolę dodatków i uzupełnień. Wprowadzają koloryt i nie bezczeszczą muzyki. Są głównie w "World Demise", "Redefine" i "Splattered". W "Solid State" przesterowany wokal pełni główną rolę w refrenie, jakieś głosy pojawiają się też w "Boiling Point".

Trzecią cechą charakterystyczną "World Demise" jest ostatni "Kill For Me", a właściwie jego nietypowa końcówka. Choć ten numer już zaczyna się klimatycznie to cała jego druga część, nie jest utworem Obituary, tylko nagranym zawodzeniem afrykańskiego dziadka, wspomaganym jakimś egzotycznym, prymitywnym, bębenkowym instrumentarium i okraszonym odgłosami swojej wsi w tle. Niezwykłe to dla płyty death metalowej, ale trzeba przyznać, że ten dość długi fragment ma swój wyraz i emocje.

Co by jednak nie mówić, nie można popadać w przesadę i trzeba przyznać, że Obituary pozostali sobą i nie zatracili swoich charakterystycznych cech. Dalej jest ociężale, a gitary mają gnuśną barwę. Jest wiele mocnych riffów, solówek, no i oczywiście ten niezniszczalny wokal. Ja zawsze lubiłem ten album i doceniając nowe oblicze zespołu nie dołączyłem do grona malkontentów. Nie wymagam od swoich ulubionych zespołów, żeby nagrywały wciąż takie same płyty. Jest trochę inaczej, ale wciąż bardzo dobrze.

Tracklista:

01. Don't Care
02. World Demise
03. Burned In
04. Redefine
05. Paralyzing
06. Lost
07. Solid State
08. Splattered
09. Final Thoughts
10. Boiling Point
11. Set in Stone
12. Kill for Me

Wydawca: Roadrunner Records (1994)

Ocena szkolna: 5

Komentarze
leprosy : heh malo to pozerow w metalowych kapelach? Zreszta, Gorgoroth to bieda...
WUJAS : Tak się zafascynował tym hardcorem, że aż trafił do Gorgoroth :)
leprosy : W tej kwestji nic sie u mnie nie zmieni, uznaje tylko trzy pierwsze plyty a reszta...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły