Pomimo swojej świetności trzeba jednak powiedzieć, że "Sons Of Northern Darkness" nie przynosi żadnych rewolucyjnych zmian. Stylistycznie kawałki są połączeniem klimatów znanych z "At The Heart Of Winter" i "Damned In Black". Płytka jest agresywna, ale jest bardzo wiele elementów epickich, monumentalnych i klimatycznych. Tempa są dosyć urozmaicone - nie możemy więc mówić o monotonii. Podobnie jak na poprzednich albumach, jest tutaj mnóstwo łatwo zapadających w pamięć motywów, co czyni kompozycje barwniejszymi. Zwraca natomiast uwagę poziom instrumentalny tego albumu - technicznie jest to najbardziej wyrafinowany album
Immortal - większa różnorodność riffów, Abbath zaczął stosować tapping, a zespół wydaje się grać równiutko i płynnie. Co do brzmienia nie można mieć raczej zastrzeżeń poza jednym momentem - utwór "Tyrants" wydaje się być nagrywany w zupełnie innym miejscu, słychać korytarz... ale może był to celowy zabieg.
"Sons Of Northern Darkness" nie jest więc czymś odkrywczym, wnoszącym coś nowego do gatunku. Jest to niewątpliwie jednak najbardziej dopracowany krążek
Immortal, który świetnie podsumowuje ich twórczość - taki
Immortal w pigułce. I choć osobiście najbardziej cenię sobie "At The Heart Of Winter" to "Sons..." niewiele jej ustępuje.