Muzycy są bardzo dobrzy technicznie, solówki są, raczej tworzą klimat, są wolne, przestrzenne, mało jest fajerwerków technicznych. Perkusista jest daleki od szablonowych rytmów, choć do najlepszych brakuje mu jeszcze odrobinę, klawiszowiec natomiast swoim stylem przypomina bardzo mieszankę Kevina Moore'a/Jordan Rudess'a. Na albumie znajdziemy zarówno galopady instrumentalne w stylu tych z "Secenes From A Memory" Dream Theater, cięższe, wręcz shreedingowe zagrywki, dużo partii akustycznych przypominających ludową muzykę żydowską (śpiewanych notabene po hebrajsku), jak i bardziej klimatycznych, zbudowanych na kroczącym basie i mroźnym brzmieniu klawiszy. Jest tutaj miejsce zarówno dla przystępnego, niezbyt ostrego growlingu, czystych wokali (niestety ze specyficzną manierą żydowską) jak i bardzo pięknych kobiecych wokali. Jeśli więc takie parametry wcielimy w dobrze ułożony, przemyślany szkielet kompozycyjny, to otrzymujemy bardzo dobry, oryginalny album.
Niestety album posiada jeden feler! Jest straszliwie męczący. Mało jest tutaj porywających melodii, zaskakujących zwrotów akcji, utworom brakuje pazura, pomimo tego, że wydawać by się mogło, że są wręcz perfekcyjnie skomponowane. Poza tym irytujące są te typowo żydowskie zaśpiewy, niewątpliwie nie każdy je strawi.
Progresywny, orientalny
death metal w wydaniu
Orphaned Land jest niewątpliwie wart przesłuchania, jednakże jest to album, do którego rzadko się wraca. Ja zdecydowanie bardziej wolę Opeth.
Wydawca: Century Media Records (?)