Często się mówi, że czas weryfikuje jakość muzyki – tak było w
przypadku Cynic, który też swojego czasu nie znalazł uznania w oczach
fanów, a dziś jest dziełem kultowym, tak było z Atheist, tak było z
ostatnim krążkiem Pestilence.
Coroner wydaje jednak mi się nie dołączył
do tego zaszczytnego grona. W dalszym ciągu to „Mental Vortex” jest tym
wydawnictwem
Coroner, o którym się mówi. Cóż więc takiego zawiera
„
Grin”, ze nie znajduje on w dalszym ciągu większego uznania?
Jak
wspomniałem wcześniej, jest to thrash, który z thrashem ma niewiele
wspólnego.
Coroner nigdy nie preferował agresywnej wersji thrashu, ale
krążek z zieloną twarzą na okładce mocno odbiega od tej stylistyki.
Dominują raczej wolne, kroczące tempa, gitary są ciężkie, ale z typowym
thrashem też nie mają wiele wspólnego. Zespół zdecydował się tu
poeksperymentować, pójść w stronę progresji i jazzowania, co wyszło mu
bardzo przeciętnie – zwłaszcza ta druga część.
Przede wszystkim - bas
tuła się gdzieś w tle i ledwo go słychać. Osamotniony na tym polu
perkusista próbuje trochę łamać rytm (skojarzenie z Tomaszem Haake z
Meshuggah), ale brzmienie sprawia, że dla słuchacza w tej materii
jest mnóstwo niezagospodarowanego pola. Riffy bardzo często grane są na
pustych akordach, próbując wprowadzić pewien „kosmiczny” klimat, ale
znów praktycznie nieistniejący bas sprawia, że dostajemy jazz bez
jazzu. Wokale też wydają się dosyć monotonne, jałowe i bez pomysłu –
sporo z nich to przesterowana melodeklamacja. Jedynym jasnym punktem
wydają się być piękne, perfekcyjne technicznie solówki, których jest
sporo.
Nie inaczej wygląda kwestia, gdyby rozpatrywać ten album
w kategoriach muzyki progresywnej – wiele kawałków o czasie trwania
powyżej siedmiu minut, próba stworzenia thrashu progresywnego, jakże
innego od twórczości Mekong Delta czy Sadus, zdecydowanie lżejszego,
ale bardziej urozmaiconego wydaje się być intrygującym zabiegiem.
Coronerowi zabrakło jednak dwóch zasadniczych kwestii, które uczyniłyby
ten album naprawdę dobrym. Pierwszą z nich są melodie, których w
zasadzie tu nie ma. Jedynym utwór, który zapada w pamięć to
„Paralyzed, mesmerized”. Zabrakło też energii, wigoru, jaki powinien
towarzyszyć tej muzyce. Efekt jest taki, że „
Grin” w zasadzie zmierza
donikąd, a eksperyment okazał się bezsensowny. W zasadzie w każdym
aspekcie to wydawnictwo ma spore braki, a chęci i intencja to nie
wszystko.
„
Grin”, choć może i legendarny już, to jednak
rozczarowujący album. „Zachowawcze przekombinowanie” byłoby doskonałym
określeniem na jego zawartość. Nie wiem czy nawet fani zespołu
akceptują ten album w pełni. Starałem się być cierpliwy, liczyłem, że
„
Grin” odsłoni przede mną ten urok, gdyż jednak oferuje nieszablonowe
granie, ale mimo wszystko nie potrafię tu znaleźć punktu zaczepienia.
Polecam
ten album tylko tym, którzy chcą posłuchać dobrych solówek. Kto jednak
szuka czegoś olśniewającego czy nawet technicznego thrashu, może się
przeliczyć. Myślę, ze gdyby brzmienie było inne, to płyta ta nabrałaby
zupełnie innego wymiaru – a tak, jest jak jest – ciekawie, ale
rozczarowująco.
Wydawca:
Noise (1993)