Od
dub przez elektronikę, aż po jazz i grindcore, to tylko mały fragment twórczości, do której nigdy nie trzeba było mnie namawiać. Każda jego płyta jest wydarzeniem a sam muzyk uchodzi za jednego z najlepszych basistów w świecie
ambient/
folk/jazz.
"
Invisible Designs II" jest kontynuacją albumu o tym samym tytule, wydanego w 1999 roku i z pewnością nie jest to ewenement w dyskografii Laswella, gdyż wiele albumów posiadało swoje kontynuacje pod zbliżonym tytułem lub pod względem zawartości merytorycznej. Po
latach eksperymentów z
dubową elektroniką i
folklorem, przyszła pora
na zmiany. Nowy album Laswella jest odmienny od wcześniejszych albumów, które osadzone w
folkowej konwencji Bliskiego Wschodu przypominały dokonania Lisy Gerard czy Hectora Zazou.
Minimalizm i prostota wykonawcza ukazały nowe oblicze, łącząc w sobie lekkość dokonań Durutti Column z chłodnym drone-
ambientem, co w efekcie nadało świeżość tego pejzażu nasyconego nutką
nostalgii. Przestrzeń i głębia, które dotychczas uzupełniały gęste penetracje basowe, zostały zamienione na delikatne tła elektroniczne połączone gitarowymi pasażami. Obraz
muzyczny został wyklarowany i oczyszczony z bogactwa i przesytu dźwięków i jest spójnie połączony oszczędnymi i chłodnymi dźwiękami ulokowanymi gdzieś w latach '80 wśród twórców z Factory Records.
W
stosunku do poprzedniej części albumu, na pewno cenię otwartość na
szersze horyzonty muzyki etnicznej, które mogą w przyszłości zatoczyć szersze
kręgi, nie kumulując wokół siebie tylko fanów wyżej wymienionych
wykonawców. Kunszt artystyczny na pewno na to zasługuje żeby otwierać się
na nowe doświadczenia, tym bardziej w tak szerokim nurcie. Cieszy mnie
to mocno, że muzyka Billa Laswella staje się coraz mniej przewidywalna i trudna do sklasyfikowania, bo oprócz instrumentów usłyszymy tu trochę drone-
ambientu, gustownie wplecionego w etapowość albumu. Trzeba przyznać, że nurt trybalizmu i symboliki udzielił się także jemu, co stanowi hołd dla ginących kultur prymitywnych. W świecie galopady za nowinkami technologicznymi, mało kto już pamięta o tradycjach i źródłach kulturowych, a niestety korzeni się nie wyprzemy gdyż prymityw mamy wrodzony i zapisany głęboko w genach.