"
Evangelion" mógłbym nawet nazwać regresem w stosunku co dwóch ostatnich płyt. Od strony muzycznej nie mamy tu absolutnie nic nowego - piekielne blasty Inferno, potężny wokal Nergala, mocarne, inspirowane Morbid Angel partie gitar - to wszystko już słyszeliśmy na "Zos Kia Cultus", "Demigod" i "The Apostasy". W zasadzie, poza utworem "Transmigrating Beyong Realms Ov Amenti" nic innego nie utkwiło mi w pamięci po kilkukrotnym przesłuchaniu tej płyty. Nie broni nawet zaśpiewany po polsku "Lucifer", w którym gościnnie możemy usłyszeć Macieja Maleńczuka. Zdecydowanie zabrakło tutaj zapadających w pamięć motywów, a coraz więcej jest rąbaniny. Ewidentnie słychać, że
Behemoth systematycznie odchodzi od symfonicznego przesytu na rzecz muzycznej surowości i zbrutalizowania. Nic wiec dziwnego, że "
Evangelion" jest szorstki, intensywny i tym samym niełatwy w odsłuchu.
Zapewne osoby, dla których "
Evangelion" będzie pierwszym albumem jaki słyszeli, będą zachwycone. W sumie nie ma się co dziwić -
Behemoth wciąż brzmi jak rozwścieczona bestia. Niestety album ten nie wnosi absolutnie nic do wizerunku grupy i do tego chyba nie dorasta poziomem do "Thelemy.6" czy "Demigod". Mam wrażenie, że Nergal bardzo uważnie prześledził rynek muzyczny i stworzył album będący niejako zlepkiem tego co najlepsze i najbardziej chodliwe w ekstremalnych gatunkach. Szkoda, że zapomniał, że to nieustanne poszukiwania, a nie wyrachowana kalkulacja czynią zespół wielkim. Mnie "
Evangelion" zawiódł i wracać do tej płyty nie będę.
Tracklista:
01. Daimonos
02. Shemhamforash
03. Ov Fire And The Void
04. Transmigrating Beyond Realms Ov Amenti
05. He Who Breeds Pestilence
06. The Seed Ov I
07. Alas, Lord Is Upon Me
08. Defiling Morality Ov Black God
09. Lucifer
Wydawca: Nuclear Blast (2009)