Trzasnął drzwiami wchodząc do mieszkania i cicho z niego wyszedł oknem.
Ależ to był odlot! Rzekł do siebie z uśmiechem pod nosem, zadzierając głowę w
górę do okna, przyglądając się spdającej sylwetce głową ku szarym
granitom.
Zgodność. Trudno być kompatybilnym. Na cóż mi wrogowie? Wiedzą
gdzie mnie szukać, argumentował sam siebie. Jeśli masz oczy patrz, jeśli
widzisz, spostrzegaj. Nie lubił zdejmować czapki, spojrzeć niebu w oczy. Niebo
to podstępny wykrywacz kłamst. Nie oszukasz tego błękitu, chmur. Patrz pod
nogi, od zarania wszyscy powtarzali i powtarzają. I tak ziemia stała się
maniakalnym czytelnikiem i lustratorem akt jego duszy. Na pewno nie
spowiednikiem. Szkoda gadać do czegoś po czym wszyscy depczą i zostawiają
swoje śmieci, nie wspominając o DNA pod wszystkimi możliwymi
postaciami.
Bawiła myśl, że najbardziej odprężał się przy dołującej i
frustrującej muzyce. Ktoś wyładowuje wszystkie możliwe żale na wszystko na co
tylko się da. Krzyczy, łka, mruczy, wyje, przeżywa katusze.
A on? Spoczywa
w pokoju i spokojnie oddycha.