Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Opowiadania :

Żyć od nowa

Wylądowali. Po długim i męczącym locie. Znowu. Nowe miejsce, nowy dom, szkoła, ludzie... życie. Znowu będzie tak samo. Przyzwyczaiła się już. Prawie. Tyle zmian, miała to już obcykane. Jednak nie zmienia to faktu, że nie lubiła przenosić się w środku roku szkolnego. Co zrobić. Taki los. Nieraz zastanawiała się dlaczego nie może zostać w jednym miejscu. Oni jak chcą, to niech podróżują, a ona by została. Nie da się. Co zrobić... Siła wyższa. Znowu padną słowa: "Mamy nową koleżankę.", znowu dziwne, ciekawskie spojrzenia, znowu docinki. Dopóki nie wyrobi sobie opinii wśród uczniów i nauczycieli. A potem kolejny raz się przeprowadzi. I wszystko zacznie się od nowa. Po prostu będzie robić to co umie najlepiej. Będzie grać. Musi tylko znaleźć ludzi, którzy by chcieli z nią pograć.
Pamięta, jak zawsze, że nie wolno jej się do nikogo przywiązywać, nie wolno jej się zakochać, bo i tak będzie musiała ich opuścić.
Wtedy to było silniejsze od niej. Myślała, że jest w stanie zapanować nad emocjami, wyzbyć się większości uczuć zawiązanych z miłością, które mogłyby sprawić, że będzie cierpieć przy rozstaniu. Jednak nie udało się. Teraz sobie na to nie pozwoli. Teraz pogrąży się z muzyce, zajmie się komponowaniem, nie dopuści do siebie nikogo. Zawołają: „Odludek!”. Już jej to nie rusza. Nauczyła się nie otwierać na ludzi, wszystkie swoje emocje przelewać na gryf…

Poniedziałek. Pierwszy dzień w nowej szkole. Dlaczego to jest takie trudne? Gdy była młodsza, było łatwiej.
Weszła do klasy. Ostatnia ławka pod oknem, to jej miejsce. Wchodzi nauczyciel. Wszyscy wstają.
- Dzień dobry. Jak wam minął weekend? Jak zapewne niektórzy zdążyli zauważyć mamy nową koleżankę. – spojrzał na nią, a za nim cała klasa.
Wstała.
- Dzień dobry.
- Witamy. Może zechcesz powiedzieć nam coś o sobie?
- Jestem Ula, przyjechałam z Zakopanego, które nie jest jednak moim rodzinnym miastem. Często się przeprowadzamy. Nie liczę, że od razu mnie polubicie, tylko proszę nie oceniać po pozorach.
- Dziękujemy. A może powiesz jeszcze czym się interesujesz?
- Muzyką. Głównie.
- Dobrze, dziękujemy. Mam nadzieję, że szybko nadrobisz zaległości. Usiądźcie proszę.
Srata tata, srata tata. Zwykła gadka. Słyszała ją już tyle razy. Dlaczego oni zawsze traktują ją tak samo? Jakby była niedorozwinięta. Trudno. Trzeba przeżyć.
Pierwszy dzień, 8 godzin w szkole, po których zmęczona wróciła do domu. Rodzice już nie pytają się jak ten dzień minął, bo usłyszeliby to co zwykle: „Dobrze”. Postanowiła od razu sprawić, żeby sąsiedzi ją znienawidzili. Pokój. Puste ściany, łóżko, podłoga zawalona kartonami. Plecak rzuca w kąt, chwyta za gitarę i podłącza sprzęt. Pierwsze dźwięki troszkę jakby nieśmiałe, kolejne coraz głośniejsze i cięższe. O tak, tego jej było trzeba. Teraz może powiedzieć, że czuje się jak u siebie, chociaż gdziekolwiek by było, to nigdy nie będzie jej dom, o żadnym miejscu nie będzie mogła powiedzieć, że jest jej, że jest u siebie. Zamyka drzwi na klucz, nie lubi gdy ktoś jej przeszkadza, Struny brzęczą coraz głośniej, coraz ciężej. Teraz pokaże mieszkańcom, że mają przerąbane. Chociaż… może na dzień dobry cos delikatniejszego. Jej ulubiona ballada. Mmmm… Szkoda, że nie ma tu jej wokalistki. Co u nich w ogóle słychać? Czy dalej grają, czy może się rozpadli? Powinni sobie bez niej poradzić.
Gra coraz szybciej, coraz wścieklej… Dlaczego musiała ich zostawić? Palce suną po gryfie niczym woda spadająca z wodospadu. Na dole uderza o skały. Niech usłyszą jak szumi, jak krzyczy ptak, który o wolność i życie walczy, na którego polują znudzeni, bogaci gówniarze. Ucieka, opada, to znów wznosi się. Przestrzelili mu skrzydło… Za długo już nie poszybuje. Obniża lot, spada ze świstem niczym mig zestrzelony, pikuje w dół. No końcu ogłuszający trzask i wrzask. Wrzask obserwatorów, nawoływania o pomoc. Sygnał karetki, wznoszące się modlitwy…
CO ZNOWU??!! Ktoś puka do drzwi.
- Co?!
- Chodź do nas na dół. Sąsiedzi przyszli się przywitać.
- Kurwa – mruknęła do siebie. Nie mieli kiedy przyjść. Tego też nie lubiła. Poznawanie nowych sąsiadów, te ich zdziwione spojrzenia, nieraz ze strachem, z zapytaniem: „Boże, co ona ze sobą zrobiła?”. Chcąc nie chcąc musiała zejść, grzecznie się przywitać i wypić herbatkę. Stwarzać pozory, robić dobrą minę do złej gry. Pocieszenie znajduje w tym, że jak pójdą będzie mogła wrócić i znów zamknąć się w pokoju,
Było to stare małżeństwo. Mieli syna niewiele od niej starszego. Na początku wydawał się tak samo zachwycony tymi odwiedzinami jak ona, jednak gdy spojrzał na nią, jego oczy zabłysły i troszkę się ożywił. Nawet przystojny, ale Ula swoje serce zostawiła gdzieś indziej. W innym mieście, w innym życiu.
- To są państwo Uczniowie, a to ich syn Łukasz.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. Ładnie grasz. Gdzie się tego nauczyłaś? U nas także jest szkoła muzyczna, gdzie mogłabyś rozwijać swoje zdolności. Bo masz takowe, co bardzo dobrze słychać – powiedziała starsza pani z szerokim uśmiechem
- Dziękuję za informacje, ale jestem samoukiem samoukiem jak na razie nie wybieram się do żadnej szkoły muzycznej.
- Hmm… Rozumiemy. Właśnie rozmawialiśmy z twoimi rodzicami… - jak ona nie cierpi tak rozgadanych ludzi, że nasz syn mógłby pokazać ci okolicę.
- Tak Ulu, to dobry pomysł. Znajomość okolicy może się przydać.
- Jeśli to nie problem…
- Ależ nie skarbie – już mówi do niej skarbie? To chyba jednak ona będzie miała przechlapane z sąsiadami – Łukasz bardzo chętnie cię oprowadzi.
Chłopak wykazał entuzjazm zbliżony do swojej matki. Ruszyli poznać okolicę.

- Słuchaj, jest tu takie miejsce, gdzie człowiek mógłby sobie posiedzieć sam w ciszy, gdzie nikt by mu nie przeszkadzał? – padło pytanie po 10 minutach spaceru.
- Pewnie. Nie dość, że jest cicho, to jeszcze jest wspaniały widok.
- Mógłbyś mi je pokazać?
- Nie ma sprawy. Ale to ładny kawałek stąd.
- Nie szkodzi.
- Dobrze, chodźmy.
Miejsce okazało się świetne. Skarpa wznosząca się ponad miastem, skąd rozpościerał się piękny widok na zachodzące słońce. Niebo wyglądało jak pomalowane, a do ego taki spokój i cisza zagłuszana tylko odgłosami lasu pomagającymi w wyciszeniu się i kontemplacji.
- Pięknie tutaj.
- Tak… Odkryłem to miejsce jako dzieciak. Często tu uciekałem, gdy chciałem być sam. Jeszcze nigdy nikogo tu nie spotkałem… Przepraszam za mamę, ona tak zawsze. Już taka jest. A jeśli chodzi o twoje granie, to miała rację. Masz talent, i to niebywały, nie powinnaś go marnować jako samouk. W szkole muzycznej mogliby pomóc ci go wykorzystać.
- Szkoła muzyczna ogranicza i zniewala ludzi. To nauka tych wszystkich nut, dźwięków. Zastanawianie się nad kolejnym ruchem ręki, czy to będzie pasowało… Nie, to nie dla mnie. Tam bym się dopiero zmarnowała. Muzyka jest wolna, jak ten ptak szybujący w przestworzach, nie znający do końca celu swej podróży. Ja jestem takim ptakiem, a moja muzyka jest tym lotem. Nigdy nie wiadomo jak tor obierze. Nie chce czuć się jak dziki mustang schwytany przez napalonych kowbojów, który ma tylko dwa wyjścia. Albo się poddać, albo walczyć próbując ucieczki i prawdopodobnie zginąć. To właśnie z człowiekiem, muzykiem robi nauka muzyki. Albo poddajesz się jej regułom i trzymasz zasad, a w konsekwencji stajesz się jednym z wielu, albo walczysz i giniesz, twój talent zanika, a ty jesteś kolejnym nic nie znaczącym absolwentem szkoły muzycznej.
- Ale przecież wielu znanych muzyków pokończyło takie szkoły.
- A wsłuchałeś się kiedyś dokładnie w ich dzieła? Jeśli się postarasz, to usłyszysz próby ucieczki z określonych ram. Ale tylko próby, bo nigdy tak naprawdę nie uda im się uciec. A gdyby jednak się udało, to i tak wracają, albo giną, bo nie potrafią żyć na wolności. To tak jakbyś znalazł młodego wilka i wychował go w domu, aby nie zginął. A potem wypuścił na wolność. On albo wróci, albo zginie, bo nie potrafi poradzić sobie w swoim naturalnym środowisku. A teraz proszę wracajmy, bo robi się późno i rodzice zaczną się denerwować. Dziękuję, że pokazałeś mi to miejsce i mam nadzieję, że nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli sobie od czasu do czasu tutaj przyjdę.
- Nie, oczywiście, że nie.

Kolejne dni w szkole wyglądały tak samo. Na lekcjach mało się udzielała, pomimo iż znała odpowiedzi na większość zadawanych pytań. Na przerwach zazwyczaj czytała, albo pisała, praktycznie nie rozmawiała z nikim. Czasem tylko zagadała z Łukaszem, ale to dopiero kiedy on podszedł, bo ona go nie zauważała, a może nie chciała… Potem wracała do domu, zamykała się w pokoju i przenosiła w inny świat. Znów raz była ptakiem szybującym, innym razem dzikim mustangiem uciekającym z pułapki, wilkiem odgryzającym sobie nogę, która została uwięziona we wnykach, albo młodym drapieżnikiem polującym, aby przeżyć, lub też stroną w walce o przewodnictwo w stadzie.
Swoją muzykę zawsze porównywała do świata zwierząt. Chyba, że zdarzyło się w jej życiu coś ważnego, lub coś, co ją zdenerwowało. Nieraz, gdy przebywała u siebie w pokoju i grała, zauważyła w oknie naprzeciwko Łukasza. Stał i wsłuchiwał się w dźwięki wydobywające się spod sunących po gryfie palców. Czasem kątek oka zauważyła błysk, chłopak robił zdjęcia. Tego było dla niej za wiele. Słuchać sobie może, ale żadnych zdjęć ani filmów.
Zaczęła grać o ludzkiej ciekawości, upierdliwości. O tym jak ludzie potrafią być bezczelni i wścibscy, jak nie potrafią uszanować czyjejś prywatności. Nie sądziła, żeby sąsiad zrozumiał ten język, ale... więcej błysków aparatu już nie zauważyła.

Wciągu tygodnia poznała praktycznie wszystkich sąsiadów. Niektórzy byli nawet całkiem, całkiem. Jednak ona ciągle miała przed oczami twarz Łukasza, gdy rozmawiał z nią o muzyce.
Co? Co ona robi? Co się z nią dzieje? Przecież serce zostawiła tam. Daleko stąd i tam zostanie już na zawsze. Przynajmniej tak myślała, do tamtego dnia. Kiedy on pojawił się u nich w domu. Ten moment wrył się jej w pamięć. Starała się go wyrzucić, zapomnieć jego wyraz twarzy, gdy ją zobaczył. Ich rozmowę na skarpie. Nie udało się. Ciągle pamięta, jakby to było wczoraj.
Jedynym wytchnieniem, chwilą zapomnienia było, gdy zamykała się w pokoju. Wtedy pamiętała tylko jego, tego, którego zostawiła daleko stąd. Dorobiła się żaluzji, więc zasłaniała okno. W pomieszczeniu robiło się wtedy ciemno. Przywoływała w pamięci obraz gdy siedziała ze swym ukochanym, na innej skarpie, w innym życiu i oglądali zachodzące, a nieraz i wschodzące słońce. Delikatne promienie słońca padające na miasto, rozświetlające niebo. Czerwono – pomarańczowo – fioletowe niebo niczym gigantyczna tęcza żegnająca odchodzącą światłość. światłość widoku tym nie ma smutku pożegnania, bo wiadome jest, że słońce znowu wzejdzie. Wieje Chłodny wiaterek, ptaki śpiewają pieśń pożegnalną dla dnia. Nagle wszystko ucicha. Nagle w oddali rozlega się dźwięk uderzającego pioruna, widać błyskawicę. Przecina niebo niczym nóż rozcinający poły materiału. Bez większego problemu rozdziera firmament niebieski zasnuwający się czarnym płaszczem. Kolejny grzmot… Wszystko ucicha…
- Cholera – struna się zerwała – No to czas na spacerek.
Ruszyła do miasta w poszukiwaniu sklepu muzycznego, aby kupić nowy komplet strun. Miała z tym nie lada problem i do domu wróciła grubo po zmroku.
Następnego dnia, w drodze do szkoły, zauważyła na jednym słupie ogłoszenie: Koncert znanego i docenianego za granicą i u nas zespołu: SATU*! Tylko u nas w klubie HORMON, dnia 20.02 br., start godz. 20:00, wjazd jedyne 50 zł. To nie dużo jak na ten zespół. Serdecznie zapraszamy!!
„Pójdę, muszę iść.” Pomyślała.
Tydzień w szkole przeżyła tylko myślą o sobotnim występie. Cieszyła się niezmiernie. Bilet kupiła sobie tego samego dnia, którego przeczytała ogłoszenie.
Nareszcie. Tak długo wyczekiwany dzień. Pod knajpą była o godzinie 19:00. Weszła prawie jako pierwsza. Niestety nie udało jej się wejść za scenę, żeby spotkać się z kapelą. „Trudno, trzeba będzie poczekać aż zaczną grać.” Ustawiła się przy bramkach, pod samiutką scena. Gdy czekała na rozpoczęcie zauważyła kilka osób ze szkoły i z klasy.
Godzina 20:00, zespół wychodzi na scenę. Dziwne, bo zazwyczaj mają spóźnienie. Zna prawie wszystkich muzyków.
Pierwsze nuty. Rozpoznaje piosenkę od razu, odpływa w sferę marzeń. Zna to. Jak mogłaby nie znać? Współtworzyła ją. Wychodzi wokalistka. Pierwsze słowa. Ula śpiewa razem z nią. Nie szkodzi, że po fińsku, zna ten język. Pięć minut. Skończyli pierwszy kawałek. „Kiedy mnie zauważy?” Jest. Spojrzała, zauważyła. Druga piosenka. Dwie minuty, nadchodzi czas na solówkę na gitarze. Jenna schodzi ze sceny, podchodzi do bramek. Tłum szaleje. A ona zbliża się do Uli. Patrzą sobie w oczy. Pojawiają się łzy, przytulają się.
- Chodź, wprowadzę cię za scenę.
Przesuwają się wzdłuż barierki. Kilka słów do ochroniarzy i Ula wchodzi za scenę.
- Idź, nadchodzi czas na twoją partię.
Wokalistką znika na scenie. Kończy piosenkę. Chwilka przerwy.
- Mam niespodziankę. – mówi Jenna – Zapewne nie pamiętacie, nie znacie naszych początków. Gdyby nie pewna osoba, nie byłoby nas tutaj, nie osiągnęlibyśmy tego co mamy, pewnie nigdy byśmy się nawet nie spotkali. Przedstawiam wam osobę, która stworzyła ten zespół, która go ukierunkowała. To jej należą się podziękowania. Nea, zapraszam cię tu na scenę!
Zeszła po Ulę. Wzięła ją za rękę i wprowadziła na scenę. Oklaski, krzyki
- Bierz gitarę i graj. Na pewno coś pamiętasz.
- Jakże mogłabym zapomnieć?
Przywitała się z resztą zespołu. Marco dał jej swoją gitarę. Zaczęła grać. Tak długo na to czekała, tak długo o tym marzyła. Aby zagrać z nimi. Właśnie z nimi. Jednak dotąd nie było jej to dane.
Przy drugiej piosence zauważyła zdziwione spojrzenia ludzi z jej szkoły, klasy. Zagrała tylko pięć kawałków, które zdążyła złożyć z kapelą zanim musiała się znowu wyprowadzić z Helsinek.
Koncert trwał jeszcze dwie godziny, po których poszła z zespołem na piwo.
- Co się z tobą działo? Próbowaliśmy się skontaktować, ale nie mieliśmy zielonego pojęcia, gdzie jesteś. Jaki masz adres. Jak widzisz skład kapelki uległ pewnym zmianom.
- Tak widzę. Nie odzywałam się, bo często się przeprowadzaliśmy i znaleźć mnie było ciężko. Nowy kraj, nowe miasto, nowa tożsamość. Za każdym razem trwało to krótko, więc nie widziałam sensu w pisaniu, bo zanim byście odpisali, znów byśmy się przenieśli. Czekałam aż osiądziemy gdzieś na stałe, wtedy bym się odezwała.
- Tęskniliśmy…
- Ja też. I to bardzo. A co u… wiesz kogo.
- U Valo? – Jenna zmartwiła się. – Niezbyt dobrze.
- To znaczy? Co się stało?
- Od pół roku leży w szpitalu. I od pół roku poszukiwania twojej osoby wzmogły się sto razy. On bardzo chce się z tobą zobaczyć. Jak najszybciej.
- Co się stało? Co mu jest?!
- Nie wiem dokładnie.
- Gdzie leży?
- W Helsinkach, w szpitalu Mehiläinen . Proszę, jedź tam jak najszybciej. Gdy go ostatnio widziałam, był w bardzo złym stanie i błagał, abym cię znalazła.
Nie czekając dłużej, Ula pożegnała się ze wszystkimi i pobiegła do domu.
Szybko spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i poprosiła ojca, żeby zawiózł ją na lotnisko.
- Co się dzieje? Ula? Gdzie się wybierasz?
- Tato, proszę… Musze lecieć. Do Helsinek. Valo… Coś mu się stało…
- Co się stało? Skąd to wiesz?
- Nie wiem dokładnie. Jenna z zespołem mieli dzisiaj koncert i powiedziała mi. Proszę… Musze jak najszybciej tam lecieć. Już spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy.
- Dobrze. Chodźmy.
Na lotnisko dojechali w godzinę. Okazało się, że ostatni samolot do Finlandii odleciał dziesięć minut wcześniej, a następny jest dopiero za trzy godziny.
- Jedź do domu. Wytłumacz wszystko mamie. Ja poczekam.
- Jesteś pewna? – skinienie głowy na potwierdzenie. – Dobrze. Daj znać jak dolecisz.
Ula nigdy nie przypuszczała, że czas może tak wolno płynąć. Siedziała na lotnisku w oczekiwaniu na samolot i zastanawiała się, co mogło się stać. Z trudem powstrzymywała łzy. Modliła się, aby nie było to nic poważnego. W końcu usłyszała tak długo wyczekiwaną informację o odlocie samolotu do Helsinek. Biegiem pognała do bramy. Znalazła swoje miejsce w samolocie i zasnęła zanim maszyna oderwała się od ziemi. Obudzili ją na miejscu.
Dosyć szybko znalazła wolną taksówkę, co na lotnisku jest rzeczą graniczącą z cudem.
- Do szpitala Mehiläinen proszę. Byle szybko.
Jak zażyczyła, tak też się stało. Była u celu podróży w pół godziny. Zapłaciła taksówkarzowi, wzięła bagaże i pognała do szpitala. Miała szczęście. W poczekalni ujrzała rodzinę Valo.
- Hyvaä päivää** – spojrzeli na nią ze zdziwieniem. Matka ze łzami w oczach rzuciła się jej w ramiona.
- Lapsi***, jak dobrze, że jesteś. Już myśleliśmy, że cię nie znajdziemy. Jak się dowiedziałaś?
- Jenna z zespołem mieli koncert w miejscu, gdzie aktualnie mieszkam i spotkałyśmy się. Tylko nie powiedziała mi o co chodzi. Co z nim? Jak się czuje? Co w ogóle się stało?
- Lepiej niech sam ci powie. Co noc woła cię przez sen. A budzi się z nadzieją, że cię ujrzy.
Zaprowadziła dziewczynę do jednego z pokoi. Otworzyła drzwi, Ula zaczęła płakać. Valo leżał na łóżku, podłączony do całej masy urządzeń podtrzymujących życie. Gdy podeszła, zauważyła, że chłopak jest łysy. A zawsze miał takie piękne włosy. Przypomniało jej się, jak plotła mu warkoczyki, gdy siedzieli na wzgórzu poza miastem i oglądali zachód słońca. Razem, przytuleni, w ciszy, spokoju i tylko od czasu do czasu padały słowa: „Kocham Cię.”
Chwyciła go za rękę, pocałowała w czoło. Otworzył oczy, spojrzał na nią półprzytomnym wzrokiem. Jego pobladłą i zmęczoną twarz rozjaśnił uśmiech
- Nea, kochanie. Przyjechałaś. Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę.
- Ciii… Jestem przy tobie. Wszystko będzie dobrze. Już cię nie opuszczę.
- Ty Mozę nie, ale ja tak. I to już niedługo. Nie z własnej woli. Ale to jest silniejsze. Drąży mój mózg niczym robak ziemię. Nie mam już siły by walczyć. Ja umieram. Mam raka. Cholerne gówno. Bardzo złośliwy. Lekarze zrobili już wszystko co w ich mocy. Ale to nic nie dało. Ja odchodzę. Już na zawszę. Nie m dla mnie szansy.
- Nie mów tak, trzeba mieć nadzieję. Zawsze jest szansa.
- Nie dla mnie. Dla mnie już szansy nie ma. Przy życiu trzymała mnie nadzieja, że ujrzę cię zanim umrę. Spełniło się, teraz odejdę spokojny. Ciii, nie mów nic. Nie pocieszaj mnie. Po prostu bądź. Olkaa hyvä****, po prostu bądź. Jestem taki zmęczony.
- Śpij skarbie, śpij. Jestem tu i nie odejdę. Jestem przy tobie.
Chłopak zasnął, a ona zaczęła płakać. Matka Valo chciała ją wyprowadzić, ale powiedziała, że zostanie, aby gdy chłopak się obudzi zobaczył, że jest, że czuwa. Poprosiła tylko, aby zadzwonili do jej rodziców i powiedzieli, że dojechała.
Następne kilka dni wyglądały tak samo. Valo budził się tylko na kilka chwil, patrzył półprzytomnie, czasem zaczął rozmawiać, ale zasypiał w pół zdania. Rozmowy te głównie polegały na podziękowaniu, że Ula przyjechała, że jest przy nim.
Pewnego dnia, po przebudzeniu poprosił, aby dla niego zagrała. Gitara stała oparta o ścianę i czekała aż ktoś ja weźmie do ręki.
- Valo, nie wiem czy dam radę.
- Proszę. Zawsze lubiłem słuchać jak grasz. Zrób to dla mnie.
- To ty mnie tego nauczyłeś…
Wzięła instrument do ręki. Chwilę się wahała, ale w końcu zaczęła grać. Grała o śmierci, o bólu, smutku, o tym jakie życie jest niesprawiedliwe. Zadawała sobie pytanie: dlaczego tak się dzieje, dlaczego los zabiera nam osoby, które kochamy. Opowiadała o wegetacji zamiast życia, o beznadziejności takiego stanu rzeczy, o braku nadziei na lepsze jutro, o poddaniu się i nieszczęściu jakie spotyka człowieka, gdy dowiaduje się, że zostało mu niewiele czasu. Żal po stracie ukochanej osoby jeszcze gorszy. Łzy, krzyk, milczenie, spokój, żal i ból wewnętrzny. To emocje, które kierowały jej palcami.
- Nea. Ja jestem szczęśliwy. Jestem szczęśliwy, bo ty tu jesteś, bo wiem, że będziesz już do końca i, że teraz jesteś tylko moja. Obiecaj mi coś. Obiecaj mi, że jak odejdę to ułożysz sobie życie. Zapomnij o mnie, bo mnie już tu nie będzie, a ty masz całe życie przed sobą. Obiecaj mi.
- Nie mogę. Valo, wiesz, że nie mogę. Jesteś wszystkim, co mam. To ty mnie odkryłeś i uwolniłeś mają wyobraźnie, to dzięki tobie istnieję i jestem taka, jaka jestem. Dotąd żyłam nadzieją , że będę mogła wrócić. Nie każ mi obiecać, że zapomnę. Bo gdy to się stanie, ja przestanę istnieć.
Chłopak odpowiedział tylko: „Kocham Cię”, uśmiechnął się, uścisną dłoń, z jego oczu popłynęły łzy, można z nich było wyczytać podziękowanie i przeprosiny.
Zamknął oczy. Rozległ się przeciągły pisk, do pokoju wbiegły pielęgniarki i lekarze, a zaraz za nimi rodzina chorego. Personel szpitala zaczął reanimację, ale nic to nie dało. Młodzieniec zasnął już na wieki. Jego matka zaczęła płakać, ojciec przytulił ją i szlochał. A Ula stała u nóg łóżka i czuła, że w niej także coś umarło, coś, czego już nie odzyska. Po policzkach spływały jej łzy.

Pogrzeb odbył się trzy dni później. Przyszło dużo ludzi. Prócz rodziny byli to głównie znajomi ze szkoły. Przyjechała także Jenna z chłopakami. Ula stała nad grobem i patrzyła jak grzebią jej serce, jej szczęście, które odeszło razem z nim. Nie płakała. Już nie. Przez ostatnie dwie noce wylała już wszystkie łzy. Nie miała siły. Poproszono ją, aby powiedziała kilka słów. Z trudem się zgodziła.
- Vali był wspaniałym człowiekiem. Gdyby nie on, pewnie nie byłoby mnie tutaj teraz. Możliwe, że w ogóle bym już nie istniała. Valo, czyli światło, pokazał mi jasność w tunelu, pokazał mi jak żyć. To on wprowadził na właściwą drogę. Drogę, którą nieraz tak trudno znaleźć. Pomagał nie zbaczać. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie, jakby to było wczoraj. Dopiero co się tutaj wprowadziliśmy. Siedziałam na schodkach przed domem i zastanawiałam się jak to będzie. Jak długo tu zostaniemy, jakich ludzi poznam? I wtedy pojawił się on. Zatrzymał się przed furtką, powiedział, że widział jak się wprowadzaliśmy. Zaproponował, że pokaże mi okolicę. Zgodziłam się. Spacerowaliśmy przez ponad 3 godziny. Następnego dnia zabrał mnie na próbę swojego zespołu. Dziękuję mu za to, bo to właśnie była moja droga.. To on mi wszystko pokazał, wszystkiego nauczył. Valo, dziękuję ci za to. Mieszkałam tu przez pięć lat. Jak na nas to bardzo długo. Jednak w końcu musieliśmy się wyprowadzić. Te pięć lat, to był najpiękniejszy okres w moim życiu. Poznawanie siebie i świata muzyki, poznawanie, co to prawdziwa miłość. A w tym wszystkim był on, Valo. To on był moim przewodnikiem. Z czasem stał się kimś więcej. Jedynym powodem do dalszego życia, jedyną osobą, której dałam całą siebie. Był moim sercem i moją duszą. Dzisiaj prócz niego pochowano kogoś jeszcze. Pochowano mnie, bo moje serce i dusza odeszły w momencie, kiedy on zamknął oczy na wieki. Chciałam mu tylko raz jeszcze podziękować, za to, kim jestem. Nie zapominajmy, jakim wspaniałym człowiekiem był, ile dobrego zrobił, nie tylko dla mnie, ale także dla innych. Dziękuję Valo. Kocham Cię i nigdy nie zapomnę.
Nie miała siły więcej powiedzieć, nie chciała. Gdy wszyscy się już rozeszli, ona została. Klęczała nad grobem, w głowie nieustannie tłukło się jedno pytanie: „Dlaczego?”
Do Polski wróciła jeszcze tego samego dnia. Nie chciała skorzystać z zaproszenia matki Valo i i nie została u nich. To było zbyt bolesne. Zbyt wiele wspomnień.

Na lotnisko przyjechał po nią ojciec z Łukaszem. Gdy zobaczył swoją córkę, przestraszył się. Zapadnięte, zapuchnięte oczy, pod nimi wory. Cera blada, w ogóle Ula cała jakoś wymizerniała. Z oczy bił smutek, ból i żal.
- Co się stało skarbie? Martwiliśmy się u ciebie. Nie odzywałaś się. Sąsiedzi zaczęli się niepokoić, mieliśmy kilka telefonów ze szkoły.
- Ula co się stało, dlaczego tak nagle wyjechałaś? – wtrącił młody sąsiad.
- Tato… - dziewczyna zignorowała go, wydawała się go nawet nie zauważać. – Tato… On… On odszedł. Zostawił mnie. Już na zawsze.
- Tylko tyle chciał c powiedzieć? Że nie będzie czekał? Jechałaś tam tylko po to, aby to usłyszeć?
- Nie! Tato! On odszedł. Rozumiesz? Już na zawsze! Już nigdy nie wróci! On nie żyje! Rozumiesz?! Nie żyje! Odszedł tam skąd nie ma powrotu! – wykrzyczała i uciekła z lotniska. Ojciec chciał za nią biec, ale Łukasz go powstrzymał.
- Niech ja pan zostawi. Pewnie chce być teraz sama. Chyba wiem, gdzie pójdzie.
- Proszę cię, znajdź ją i przyprowadź do domu.
Chłopak skinął głową i poszedł za Ulą.
Zapadał zmrok, ale nie przejmował się tym, bo dobrze wiedział, gdzie ona jest.
Na skarpę dotarł długo po zachodzie słońca. Siedziała tam. Skulona. Głowę schowała w, przyciągniętych do klatki piersiowej, kolanach i płakała. Usiadł obok. Nic nie mówił. Nie wiedział co powiedzieć. Czy ją uspokajać, czy pocieszać. W końcu zdecydował się ją objąć i przytulić. Jednak ona się wyrwała.
- Proszę, zostaw mnie samą.
- Nie mogę. Obiecałem twojemu ojcu, że cię znajdę i zaopiekuję, póki nie postanowisz wrócić do domu.
- Czy ty nic nie rozumiesz??!! Kilka godzin temu pochowałam moją jedyną miłość. Jedyną osobę, którą tak kochałam i ceniłam! A wraz z nim odeszłam ja. Rozumiesz?! Mnie już nie ma. Bez niego nie istnieję. Wraz z nim umarł sens mojego życia. Nie mam już celu, rozumiesz?!
- Istniejesz. Musisz tylko nauczyć się żyć bez niego, bo on odszedł, a życie toczy się dalej.
- Ja… Nie umiem, nie potrafię bez niego żyć. Nie zapomnę, nigdy. Pomimo iż prosił. Był moim natchnieniem, moją muzą, sensem mego życia. Mój cel to był powrót tam. Do Finlandii, do Helsinek, do niego… Teraz już go nie ma.
Usiadła obok chłopaka i oparła głowę na jego ramieniu. Objął ją i przytulił. W głębi duszy potrzebowała tego. Ten zwykły, przyjacielski uścisk. Był jej bardzo potrzebny. W tym nowym kraju, w nowym życiu. Potrzebowała go, aby znów nauczyć się żyć.



przypisy Very Happy
*Satu - z j.fińskiego oznacza baśń, legenda
**Hyvaä päivää - dzień dobry
***Lapsi - dziecko
****Olkaa hyvä - proszę
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły