Ohlsson
Paradoks
Relacje :

Metalmania 2007 - Spodek, Katowice (24.03.2007)

O tak! Niespełnione marzenie w końcu stało się faktem i udało mi się pojechać na Metalmanię. Długa podróż z przygodami i część ekipy DarkPlanet zjawiła się o 10:30 w Spodku. Zgodnie z planem Metalmania miała startować o 10:00, ale jak to zwykle bywa - opóźnienia...
Jako pierwsi miali grać folk-metalowcy z Korpiklaani, ale ponad godzinne rozstawianie sprzętu i strojenie nadwyrężyło moją cierpliwość i postanowiłem udać się na małą scenę. Jak się okazało trafiłem dobrze, gdyż akurat swój koncert dawał Carnal. Zespół zaprezentował muzykę będącą mieszanką Moonspell, Tiamat i odrobiny death metalu. Muzycy pewnie czuli się na scenie, łątwo nawiązali kontakt z publiką, wśród której wzbudzili podziw i zaprezentowali kawał dobrej muzyki. Carnal był na tyle dobry, że Korpiklaani po prostu odpuściłem sobie.

Podczas przerwy zdążyłem dojść na dużą scenę, gdzie na scenie pojawiali się muzycy Crystal Abyss. muszę przyznać, że Rosjanie zaprezentowali się bardzo dobrze, grając black metal podobny nieco do Immortal, ale momentami bardziej symfoniczny. O ile zespół instrumentalnie nie zachwycił, to zaprezentował dobry warsztat kompozycyjny, co zostało nagrodzone gromimi brawami, póki co skromnej publiczności. Półgodzinny set wypadł jak najbardziej pozytywnie.

Darzamat postanowiłem sobie darować. Udałem się na małą scenę, gdzie swój występ kończyło Ciryam - całkiem przyjemna muzyka, bardzo zgrabna wokalistka opięta w obcisłe, pocięte zamszowe (chyba) spodnie pokazała, że potrafi śpiewać, gitarzysta wygrywał bardzo dobre solówki, więc na podstawie końcówki koncertu można było wysnuć, że Ciryam także nie dał plamy. Jak się dowiedziałem z opinii Dravena, Darzamat zagrał bardzo dobrze i publiczności się podobało. Będąc pod małą sceną załapaliśmy się jeszcze na 3 utwory deathmetalowego Deivos, którzy pokazali bardzo dobry warsztat techniczny, ale trzeba było uciekać powoli na pierwsząi prawdziwą gwiazdę...

Zyklon uznawany za nową nadzieję death metalu i godnego następcę Morbid Angel w opnii wielu słuchaczy zaprezentował się świetnie - świetne instrumentarium, dynamiczna muzyka i... niestety wkradło się trochę schematyczności. Choć zdaję sobie sprawę, że taki jest właśnie styl zespołu, ale po którymś już utworze miałem wrażenie że zespół się powtarza w tym co gra - podobne riffy, podobne sekwencje wokalne... ale póki co i tak był to najlepszy występ.

Bałem się czy oby występujący po Zyklonie Jorn nie wypadnie blado. Na szczęście moje obawy zostały szybko rozwiane. Jorn miał świetne nagłośnienie i wspaniałych gitarzystów, którzy nadali temu występowi okrasy - świetny hardrock utrzymany w stylu Rainbow czy Deep Purple, świetne solóki, genialny wokalista i żywo, entuzjastycznie reagująca publiczność. Lande szybko nawiązał kontakt, zagrał cover Dio "Straight Through The Heart", publika odśpiewałą "Sto Lat" z okazji urodzin gitarzysty - generalnie kameralna, miła atmosfera.

Prawdziwy wyziew miał jednak dopiero nadejść. Vital Remains, bo o nich mowa, dali prawdziwy popis! Nowy wokalista i basista nie byli problemem, aby zostawić na scenie sercu. Muzycy zaprezentowali w zasadzie utwory tylko z płyty "Dechrystianize" i "Icon Of Evil", która niedługo powinna się ukazać. Człowiek - maszyna za perkusją, Dave Suzuki obsługujący wiosło i raz po raz grający kilkuminutowe solówki, dynamiczny wokalista - w opnii Dravena, Vital Remains tego wieczoru zebrało największą publikę - co więcej, zespół spodobał się nawet osobom, które nie lubią tak ekstremalnej muzyki. Jak się miało okazać, był to jeden z najlepszych występów tego wieczoru. Ludzie stali omiemieli i zachwycali się tym co gra zespół.

Entombed, po trochę markotnym, pierwszym utworze rozkręcił się i w sumie rozbujał publikę. O ile podczas poprzednich koncertów publika była dość statyczna - tym razem dynamiczna, czadowa, nieskomplikowana muzyka zrobiła swoje i porwałą tłum. Muszę przyznać, że po takim wyziewie jakim było Vital Remains, Entombed wyszedł ze starcia obronną ręką.

Przed koncertem Destruction miałem obawy, czy oby sztywny, niemiecki thrash grany przez zaledwie trójkę muzyków może zrobić wrażenie. Jak się okazało bezpodstawnie - wiele lat na scenie robi swoje. Zespół zaprezentował dynamiczną muzykę, gitarzysta i basista żywo poruszali się po scenie grając to co potrafią najlepiej. Pod koniec występu Destruction opuściłęm dużą salę, aby na małej podziwiać Benediction - legendę death metalu.

To był dopiero koncert! Ten zespół naprawdę zostawił serce na scenie. Oldschholowy amerykański death metal, zagrany z pasją porwał publiczność, pod sceną zrobił się mały kocioł, ale widać było na twarzach zaróno muzyków jak i fanów radość. Zespół zaprezentował głównie starsze kawałki - taki powrót do przeszłości. Gościnnie w jednym utworze za perkusją zasiadł sam Nick Barker, któy tego wieczoru grał z Testament. Nie mam wątpliwości, że był to jeden z lepszych koncertów tego wieczoru.

Blaze'a postanowiłem odpuścić, bo to mierny wokalista - w zamian ciśnęliśmy się po autografy do Testament. Jak się miało okazać, chyba zrobiliśmy dobrze, gdyż ci co byli na koncercie mówili, że Blaze pokaleczył nawet własne utwory.

Najwięcej obaw wiązałem z występem Sepultury - to już nie jest ten sam zespół co za czasów Cavalerów. Sepultura rozpoczęła od "Refuse/Resist" - moim zdaniem najlepszego utworu w historii zespołu. Nie wiem czy był to dobry zabieg, aby najpierw podawać wisienkę, ale... od razu moją uwagę zwróciło bardziej niż u innych nagłośniona perkusja, oraz gra świateł dostaosawana do tempa muzyki. Jak się okazało nowy perkusista zespołu był filarem i podporą dla formacji. Poleciało kilka utworów z nowszych krążków, poleciały klasyki "Beneath The Remains", "Dead Embryonic Cells", czy "Roots Bloody Roots". Publiczność reagowałą żywiołowo i nawet ja muszę przyznać, że mile mnie Sepultura zaskoczyła tym występem.

Największa konsternacja pojawiła się, gdyż po Sepulturze na scenie miał sie pojawić... Testament! Muzycy podobno śpieszyli się na koncert do Dallas i musieli wystąpić wcześniej. Jak się okazało był to bezdyskusyjnie najlepszy występ tego wieczoru. Billy pokazał, że potrafi śpiewać na żywo, ryk ma potężny, Skolnick nie zapomniał jak się gra metal, a Barker pasował do zespołu jak ulał. Światła taże zrobiły swoje wpraowadzając fajny klimat. Zespół zagrał dużo utworów z dwóch pierwszych płyt. Poleciało m.in "Disciples Of The Watch", "The New Order", "Trial By Fire", "Over The Wall", odśpiewane chóralnie "Alone In A Dark" czy "The Haunting". Poza tym mogliśmy usłyszeć "The Legacy", "Practice What You Preach", "Electric Crown" "3 Days In Darkness" oraz "DNR", które tutaj zabrzmiało zbyt melodyjnie i straciło trochę na mocy.

Po dłuższej przerwie na scenie pojawiło się Paradise Lost, które obok Vital Remains zebrało chyba największe tłumy. Zero growlingu, generalnie nowsze kompozycje, ale musze przyznać, że po 4-5 utworach czułem się znużony tym występem. Jak się okazało nie była to tylko moja opinia. Zasadniczą wadą tego występu było to, że Anglicy grali po Testament.

Na zakończenie wieczoru, o prawie 2:00 w nocy na scenie pojawili się muzycy My Dying Bride. Publiczność chyba wymiękła, bo tłumów nie było. Był za to bardzo mistyczny i artystyczny koncert. Zespół zaczął od spokojniejszych utworów, poleciało coś z nowej płytki, poleciało też "Cry Of Mankind", a potem... coraz agresywniej - "She Is The Dark", który zabrzmiał potężnie, oraz na zakończenie ściekłe "Forever People". Dużo klimatu było w tym, dużo teatralizmu Steinhorpe'a, ale najważniejsze że występ był naprawdę bardzo dobry.

Nie było niedosytu po festiwalu. Wiele zespołów pozytywnie mnie zaskoczyło, Testament w koncu zobaczyłem, dobre nagłośnienie, dobre oświetlenie, jedzienie w miarę tanie, toalety darmowe, na pewno jest to niezapomniane przeżycie, jeśli ktoś jest na czymś takim po rsaz pierwszy. Za rok też wybywam!
Komentarze
mara : Tak to jest... czlowiek wkreci sie w cos interesusujacego, np. w picie i jak sie ju...
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły