Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

Ambient 2007 - GCK, Gorlice (13-14.07.2007)

Międzynarodowe Prezentacje Muzyczne Ambient to impreza, o której istnieniu dowiedziałam się przed kilkoma laty. Występy zespołów z nurtu muzyki elektronicznej to coś, obok czego nie mogłam przejść obojętnie. Jednakże tak się złożyło, że okazja przytrafiła się dopiero w tym roku. Postanowiłam ją zatem wykorzystać i opisać moje wrażenia, póki są świeże. Choć słowa są zwykle jedynie bladym odbiciem opisywanych rzeczy i zjawisk, postaram się oddać moje wrażenia możliwie wiernie. A są one bardzo pozytywne.
Miejsce, w którym odbywały się Prezentacje, na pierwszy rzut oka odstrasza. Gorlickie Centrum Kultury położone jest w przemysłowej części miasta. Centrum, bezpośrednio sąsiadujące budynki oraz bliskość fabryki sprawiają przygnębiające wrażenie, dalece odmienne od tego, jakie prezentuje piękne centrum miasta. Towarzyszyło mi jednak mocne przeczucie, że impreza będzie warta przyjazdu. Nie zrażało mnie nawet to, że - poza Job Karmą - reszta nazw nic mi nie mówiła. Zatem - wyposażona w karnet, aparat, dobry humor i otwartą głowę - ruszyłam do środka.

Festiwal rozpoczął się z niewielkim opóźnieniem. Gdy weszłam, na scenie zainstalowany był już pierwszy wykonawca, Spika. Przez chwilę dźwiękowiec korygował jeszcze nagłośnienie, pojawiali się coraz to nowi widzowie, aż w końcu dziewiąta już edycja Prezentacji rozpoczęła się.

Po wstępie prowadzącego festiwal, redaktora Jerzego Kordowicza, znanego z Programu III Polskiego Radia, zgasły światła i swój koncert rozpoczął Spika - wykonawca do tej pory mi nieznany, ale zdecydowanie wart poznania. Zaprezentował on godzinę przyjaznej dla ucha, spokojnej, lecz zróżnicowanej i dość interesującej muzyki. W dodatku minimalne oświetlenie oraz dobre, czyste nagłośnienie dodatkowo sprzyjały temu, by skupić się na dochodzących z głośników dźwiękach. Prawdę mówiąc, nawet nie zauważyłam, kiedy minęła godzina. Brawa!

Po zakończeniu koncertu Spiki, przez kolejne trzy kwadranse można było się rozruszać i zajrzeć do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie odbywała się giełda płyt oraz niewielka wystawa prac Tadeusza Łuczejko - kierownika artystycznego imprezy i muzyka Aquavoice w jednej osobie.

Punktualnie o 22:00 prowadzący zapowiedział kolejnego wykonawcę - Wojciecha Konikiewicza. Po tej, dłuższej już zapowiedzi, podkreślającej bogaty dorobek tego twórcy, artysta, po krótkim wstępie, rozpoczął swój koncert.

Tym razem klimat był zupełnie odmienny. W porównaniu do utworów Spiki, w muzyce Konikiewicza było o wiele mniej melodii; dominowały ostre, zimne i zgrzytliwe dźwięki, które na dłuższą metę zaczęły być nużące. Co prawda słowo ambient, figurujące w nazwie festiwalu, sugeruje muzykę składającą się z dźwięków otoczenia, ale tu miałam wrażenie, że w pewnym momencie te dziwne dźwięki stały się najważniejszą częścią występu, ważniejszą nawet niż ewentualny przekaz, co w rezultacie dało wrażenie chaosu. Konikiewicz widać tworzy muzykę, która niekoniecznie ma łatwo wpadać w ucho, tym niemniej dwugodzinny występ artysty dłużył mi się bardzo. Momentami wręcz miałam wrażenie, że był przeciągany na siłę. Podsumowując - muzyka, którą zaprezentował ten wykonawca, nie trafiła do mnie. Tym niemniej warto było popatrzeć i posłuchać, by móc wyrobić sobie własne zdanie.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się - z półgodzinnym opóźnieniem - od występu Aquavoice. Chłód i przestrzeń - te dwa określenia przychodziły mi na myśl podczas tego koncertu. Artysta zaprezentował suitę, która - zgodnie ze słowami prowadzącego - miała być próbą ilustracji zimna. Czy udaną? Choć słuchało się tego z zasady dobrze, pomijając niektóre dłużyzny, to czegoś mi tu jednak zabrakło. O towarzyszącej muzyce wizualizacji mogę powiedzieć tylko tyle, że była. Z kolei bardzo interesująca była scenografia - wykonawca otoczony sprzętem oraz stojące za syntezatorami trzy manekiny, zamiast głów mające monitory, ukazujące obraz mrugającego oka. A wszystko to w zielonej poświacie. Muszę przyznać, że robiło to wrażenie. Ogółem był to niezły występ, ale niestety nie wytrzymał konkurencji z tym, co zaprezentowały następne zespoły.

Po przerwie technicznej jako kolejny na scenie pojawił się Nemezis. Jeden z ich utworów, zamieszczony na stronie MySpace festiwalu, niezbyt mnie przekonał, więc zupełnie nie spodziewałam się, że temu triu uda się wbić mnie w fotel. A tymczasem zespół dał naprawdę znakomity koncert. Zaprezentował muzykę, która - jeżeli przesłuchało się tylko jeden utwór na Myspace - może bardzo zmylić. Można ją określić jednym słowem - niepokojąca. Nawet w pozornie niewinnych, relaksujących melodiach wyczuwałam podskórny niepokój, a miejscami robiło się wręcz mrocznie. Często obecny był również melancholijny, jazzowy klimat. Całości dopełniała zaś klimatyczna prezentacja wideo, autorstwa grupy artystycznej Suka Off. Wielkie brawa! Widać (a raczej słychać), że trio tworzy swoją muzykę z głową. Zresztą, ilość ludzi, którzy zaraz po koncercie podchodzili do stoiska, by kupić ostatnią płytę zespołu, świadczyła o tym, że nie byłam odosobniona w swojej ocenie tego występu.

Wysoki poziom zaprezentował również wrocławski duet Job Karma. Zespół porusza się w ambientalno-industrialnych klimatach i - w połączeniu z prezentacjami wideo - ich muzyka naprawdę poraża, miejscami testując wytrzymałość słuchaczy. Prezentowane ujęcia z Czernobyla były wystarczającym komentarzem do tego, co dobiegało z głośników. A wrocławianie prezentowali głównie materiał ze swojej najnowszej płyty "Tschernobyl" oraz ze "Strike". Reszty zaś dopełniły prezentowane animacje, które przywodziły mi na myśl film "Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo". Aż dziw, że nie śniły mi się po nocach. Właściwie bardzo trudno było oddzielić dźwięki od obrazów -powiedziałabym nawet, że w przypadku Job Karmy jedno bez drugiego żyć nie może. Nie, jeżeli ich twórczość ma wywrzeć efekt w pełni. Podsumowując: niesamowite przeżycie.

Mrocznie było już właściwie do końca festiwalu. Jako ostatni zagrał bowiem Tabor Radosti z Czech. Nie bawiąc się w klasyfikacje, doszłam do wniosku, że ich muzykę można określić jednym słowem - rytualna. Co prawda nie rozumiałam ani słowa z tekstów, ale nie przeszkadzało mi to we wsłuchiwaniu się w warstwę muzyczną. Zaś ta jest ciężka i pełna niszczycielskiej, demonicznej energii. Podziwiałam zwłaszcza sekcję rytmiczną - to ona bowiem wywoływała rytualne skojarzenia. Ciężka, wyrazista, i urozmaicona, była główną siłą muzyki tego duetu, miażdżącą z konsekwencją i skutecznością walca drogowego. Pokusiłabym się wręcz o twierdzenie, że duet tworzy muzykę idealną do szaleństw pod sceną. Z najwyższym trudem usiedziałam na krześle.
Tworzeniu odpowiedniego klimatu sprzyjała także prezentacja wideo, utrzymana w intensywnie pomarańczowej kolorystyce, obfitująca w motywy zaczerpnięte z kultury azteckiej. Rewelacja!
Miałam tylko jedno zastrzeżenie do tego koncertu: był zbyt krótki! Co prawda Czesi grali jako ostatni i było już późno, tym niemniej to, co zaprezentowali, nie pozwalało zasnąć, więc nie miałabym nic przeciwko temu, by usłyszeć więcej. Jednak to był już koniec ich występu i zarazem koniec całego festiwalu.

Moje wrażenia z całej imprezy można zmieścić w jednym słowie: niesamowite. Aż żal patrzeć na niską frekwencję. Co prawda bywalcy mówili mi, że i tak była ona wyższa niż w poprzednich latach, ale ja wiem swoje - ludzi było za mało. Zatem zachęcam gorąco do przyjazdu na przyszłoroczną, dziesiątą już edycję, gdyż poziom imprezy jest bardzo wysoki. Zresztą fakt, że spośród tej niewielkiej publiczności sporo osób przyjechało z odległych zakątków Polski, o czymś świadczy.

Do zobaczenia w przyszłym roku.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły