Zespół odrobinę wyluzował, bardziej urozmaicił swoją muzykę, słychać, że miał pomysły. Najbliżej jest jej do "Metamorphosis", ale nowa płyta jest bardziej gitarowa, cięższa. Album nie jest może takim konceptem jak "Towers Of Avarice", nie stanowi monolitu, ale z drugiej strony nie jest wynikiem chłodnej kalkulacji, w muzyce słychać pasję grania, a jednocześnie słychać, że gra to
Zero Hour. Tym razem nie ma wątpliwości i żadnych niedociągnąć - całość jest perfekcyjna technicznie, przesiąknięta tym odhumanizowanym duchem zespołu. A mimo to znajdziemy tutaj świetne basowe solówki, świetne solówki gitarowe, momenty delikatne i akustyczne przeplatają się z riffami rodem z Meshuggah.
Moim faworytem jest utwór tytułowy - z ciężkim riffem, świetną końcówką - chyba najbardziej charakterystyczny numer na płycie. Na uwagę zasługuje także prześliczny, instrumentalny "Embrace", pełen fantastycznych solówek oraz otwierający płytę, bardzo urozmaicony "Face The Fear". Na albumie próżno jest szukać jakichś słabych punktów. Nawet barwa głosu wokalisty łudząco przypominająca Geoffa Tate'a z Queensryche, świetnie komponuje się z muzyką.
Nikt się raczej tego nie spodziewał, ale sądzę, że nowy krążek
Zero Hour jest jednym z najjaśniejszych punktów muzycznych tego bardzo udanego dla metalu roku. Nie tylko album powinien przywrócić wiarę w zespół, ale także pokazać, że progmetal jako gatunek ma jeszcze coś ciekawego do zaoferowania, bo niestety ostatnio to same klony Dream Theater, Symphony X i wszelkie prog-powerowe shit są promowane.