Relacje : VNV Nation - Progresja, Warszawa (17.12.2009)

VNV Nation, synthpop, future pop, futurepop, synth pop, Desdemona, Progresja, Tomorrow Never Comes, koncert, dark electroZ koncertami, które żartobliwie określam mianem "potańcówek" już dawno nie miałam kontaktu. Prawdę mówiąc ostatni raz pomijając jakieś sporadyczne imprezy z muzyką elektroniczną na takimże koncercie byłam z 5 lat temu. Przejadł mi się klimat takowy i długo-długo nic co gdzieś grało w pobliżu nie motywowało mnie do pójścia. Dopiero zapowiedziana jakiś czas temu wizyta VNV Nation w warszawskiej Progresji spowodowała, że mimo siarczystego mrozu wybrałam się w czwartkowy wieczór do stolicy.
Nieco problematyczne dojechanie do klubu zbiegło się z moim nastawieniem, aby nie oglądać nic ponad gwiazdę wieczoru. Zmęczenie pracą, podróżą i pogodą wypełniły mnie takim właśnie nastrojem. Traf chciał, że zespół Desdemona nie dotarł do klubu na czas, a ja lekko spóźniona trafiłam dokładnie w punkt, kiedy rozpoczął się występ VNV Nation.

Kiedy na telebimie zaczęły się pojawiać charakterystyczne litery V-N-V lekki szelest obiegł salę sugerując zdziwienie, że to nie support rozpoczyna a gwiazda wieczora. Prawdę mówiąc moje myśli wypowiedziały wtedy jedno słowo "rewelacja!". Po sekundce konsternacji cała sala zaczęła skandować nazwę zespołu i klaskać.

Szaleniec Ronan Harris i jego dwaj kompani weszli na scenę i od tej pory zaczął się kompatybilny fun jegomości z liczącą około 250 osób, rozszalałą publicznością. Prawdę mówiąc, widownia zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wszyscy bawili się, śpiewali, tańczyli wtórując wokaliście, a ten wykorzystywał swoje umiejętności lidera zespołu w sposób wręcz doskonały mając rewelacyjny kontakt z ludźmi.

Na początek "Pro Victoria", zaraz po niej "Tomorrow Never Comes" z ostatniego krążka grupy. Pewnie w złej kolejności wymienię, ale tego wieczora poleciały ze sceny jeszcze "Testament", "Darkangel", "Epicentre", zdaje się "Sentinel", a także "Chrome", "Great Divide", "Ilusion", "Homeward", "The Farthest Star", "Nemesis" po którym część właściwa koncertu dobiegła końca.

Po głośnym aplauzie i wrzaskach próbujących wywołać muzyków na scenę, ci wreszcie ustąpili i po krótkiej konferansjerce dotyczącej przyjęcia zespołu i reakcji publiczności wybrzmiał utwór "Beloved", a po nim "Epicentre".

Musiałam uciekać, dzięki uprzejmości kolegi udało mi się dotrzeć do domu omijając podróże nocnymi autobusami, więc koncert spóźnionego supportu i afterparty mnie ominęły.

Nie będę się rozwodzić nad jakością występu, bo nie czuję się wielkim specjalistą w ocenianiu tego typu gigów - jednak stwierdzenie, że koncert po prostu brzmiał - jest jak najbardziej na miejscu, był fun, aplauz i dużo śmiechu. Pewnie można by było się do czegoś przypiąć, pewnie do braku "Solitary" w setliście, ale bawiłam się doskonale w związku z tym wszelkie niedoskonałości mnie ominęły i oby więcej takich koncertów!

Wysłany przez:
Zaakceptowane przez: minawi
Wysłano:

Rozpocznij dyskusję
5 1
RSS

Login

Hasło


Rejestracja / Odzyskiwanie hasła