Zmierzch Bogów
Wracać wciąż do domu Le Guin
Relacje :

U.D.O. - Progresja, Warszawa (03.02.2010)

Są takie koncerty, po których wychodzi się z przeszywającym szumem w uszach. Są takie, po których boli głowa, nogi i nie pamięta się setlisty. Są też takie, które pamięta się długo i błaga się los, by pozwolił jeszcze raz przeżyć ten wieczór. Udo Dirkschneider, pomimo wieku, jest jednym z najlepszych showmanów z najlepszym heavy metalowym materiałem, jaki teraz można mieć. Mówię to oczywiście w swoim imieniu. Dla mnie setlista, którą podczas "dominującej" trasy gra zespół U.D.O. jest aktualnie najlepszą, jaką można zaprezentować na świecie.
Od The "Bogeyman" do "Fast as a Shark", przez ponad 2 godziny ludzie skakali, zdzierali gardła i robili wszystko, by wyzwolić z siebie jak najwięcej energii. Nie byłem jeszcze na takim koncercie, który wciągnąłby swoją prostotą (a jakże, zero pirotechniki, tylko 4 gości na scenie i jeden na podwyższeniu grający na garach), a jednocześnie porwał doskonałością materiału. Wykonania takich utworów jak "Princess of the Dawn", "In the Darkness", "Living on a Frontline" czy oczywiście "Metal Heart" to istny majstersztyk. Oczywiście, mógłbym wymieniać dalej (bo przecież "Balls to the Wall" i "I'm a Rebel" wmiotły w ziemię), ale wymieniłbym całą setlistę i wypisanie jej na końcu tej relacji mijałoby się z celem.

Udo ma 57 lat, Stefan w sierpniu tego roku skończy 50. Ci faceci mają więcej energii i siły niż wiele 'młodych' zespołów, składających się np. z 30-latków. To, co się działo pod sceną w trakcie wykonywania "Mastercutora", czy "Metal Hear"t pokazało, że nawet tacy starsi panowie są w stanie porwać licznie zebrany tłum i wprowadzić ich (NAS!) w totalny trans, na chwilę zapomnieć o reszcie przygnębiającego świata. Bo liczy się zabawa, rock 'n' roll!

Mam wrażenie, że nawet gdybym poszedł na AC/DC w maju to bym się tak nie wybawił, jak na U.D.O.. Uwielbiam kameralne koncerty w małych klubach. Nie ma nic doskonalszego w występach niż kontakt z publicznością, kontakt nie tyle poprzez krzyczenie oh yeah!, ale tę bliskość. Wystarczy powiedzieć, że Jgor Gianola połowę swojej 7-minutowej solówki zagrał...wędrując wśród zgromadzonego w Progresji tłumu, by potem wrócić na scenę i zagrać intro do "Midnight Mover".

Mówiąc szczerze, cały czas marzę o tym, by cofnąć czas o te kilka dni, do godziny 21:00. Ten początek, ta atmosfera, skandowanie UDO! UDO! UDO! Ciężko to zapomnieć, człowiek chce się tak wybawić jeszcze raz, przeżyć to. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że pan Dirkschneider nie zechce szybko odchodzić na emeryturę i co najmniej raz jeszcze wpadnie do Polski. Czemuż nie do Progresji? :-) Wyjątkowo doskonałe nagłośnienie, w końcu koncert na dużej scenie. Takie koncerty w tym klubie to po prostu miód!

Na koniec jeszcze o wspaniałej pamiątce, jaką mam z koncertu miłościwie nam panującego Udo - pendrive z nagraniem imprezy - bootlegiem. Kosztował co prawda jak nierefundowane leki, ale bez niego zapewne nie nakręciłbym się tak, by napisać tę relację.
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły