Od The "Bogeyman" do "Fast as a Shark",
przez ponad 2 godziny ludzie skakali, zdzierali gardła i robili
wszystko, by wyzwolić z siebie jak najwięcej energii. Nie byłem jeszcze
na takim koncercie, który wciągnąłby swoją prostotą (a jakże, zero
pirotechniki, tylko 4 gości na scenie i jeden na podwyższeniu grający
na garach), a jednocześnie porwał doskonałością materiału. Wykonania
takich utworów jak "Princess of the Dawn", "In the Darkness", "Living on a Frontline" czy oczywiście "Metal Heart" to istny majstersztyk. Oczywiście, mógłbym wymieniać dalej (bo przecież "Balls to the Wall" i "I'm a Rebel" wmiotły w ziemię), ale wymieniłbym całą setlistę i wypisanie jej na końcu tej relacji mijałoby się z celem.
Udo ma 57 lat, Stefan w sierpniu tego roku skończy 50. Ci faceci mają
więcej energii i siły niż wiele 'młodych' zespołów, składających się
np. z 30-latków. To, co się działo pod sceną w trakcie wykonywania "Mastercutora", czy "Metal Hear"t pokazało, że nawet tacy starsi panowie są w stanie porwać licznie
zebrany tłum i wprowadzić ich (NAS!) w totalny trans, na chwilę
zapomnieć o reszcie przygnębiającego świata. Bo liczy się zabawa, rock
'n' roll!
Mam wrażenie, że nawet gdybym poszedł na AC/DC w maju to bym się tak nie wybawił, jak na
U.D.O..
Uwielbiam kameralne koncerty w małych klubach. Nie ma nic doskonalszego
w występach niż kontakt z publicznością, kontakt nie tyle poprzez
krzyczenie
oh yeah!, ale tę bliskość. Wystarczy powiedzieć,
że Jgor Gianola połowę swojej 7-minutowej solówki zagrał...wędrując
wśród zgromadzonego w Progresji tłumu, by potem wrócić na scenę i
zagrać intro do "Midnight Mover".
Mówiąc szczerze, cały czas marzę o tym, by cofnąć czas o te kilka dni,
do godziny 21:00. Ten początek, ta atmosfera, skandowanie UDO! UDO! UDO!
Ciężko to zapomnieć, człowiek chce się tak wybawić jeszcze raz, przeżyć
to. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że pan Dirkschneider nie zechce
szybko odchodzić na emeryturę i co najmniej raz jeszcze wpadnie do
Polski. Czemuż nie do Progresji? :-) Wyjątkowo doskonałe nagłośnienie,
w końcu koncert na dużej scenie. Takie koncerty w tym klubie to po
prostu miód!
Na koniec jeszcze o wspaniałej pamiątce, jaką mam z koncertu miłościwie
nam panującego Udo - pendrive z nagraniem imprezy - bootlegiem.
Kosztował co prawda jak nierefundowane leki, ale bez niego zapewne nie
nakręciłbym się tak, by napisać tę relację.