Nie nastawiałem się usłyszeć
Tiamat w takiej formie. Rzeczywiście,
muszę przyznać liderowi szwedzkiej formacji rację, że "
Amanethes" jest
w zasadzie syntezą tego co najlepsze w
Tiamat - dodać należy tylko, że
tego co najlepsze po roku 1994. Od razu zapowiadam, że fani "Astral
Sleep", czy nawet "Clouds" będą kręcić na to wydawnictwo nosem. Przede
wszystkim rzuca się w oczy to, że jest to album mniej wyciszony niż
poprzedniczki. Dosyć często słyszymy Edlunda śpiewającego
przychrypniętym głosem (skojarzenia z czerwonym Michałem W. wydają się
być na miejscu), gdzieniegdzie pojawi się także cięższy riff. Formacja
nie zrezygnowała jednak z bardzo piosenkowego charakteru utworów -
dominują utwory proste, ale bardzo róznorodne. I to też jest
największym dylematem tego krążka:
1. Gdy pojawia się growling, moje skojarzenia biegną w kierunku ostatniego Moonspell
2. Gdy jest ciężej, ale wokale są czyste, to wydaje mi się, że słucham ostatniego Paradise Lost
3.
Gdy w ogóle jest spokojnie, mam wrażenie, że słucham Pink Floyd, czasem
gdy pojawi się do tego chrypa, to śmierdzi kapelami z Seattle
4. Gdy robi się zbyt melodyjnie, to mam wrażenie, że słychać Nickelback
5.
Tiamat słyszę jedynie wtedy, gdy słyszę podobieństwa do "Wildhoney"
6. Jest sporo nawiązań do rocka progresywnego lat 70-tych oraz do twórczości Porcupine Tree z czasów "Signify"
Ciężko
jest mi się ustosunkować do tego albumu. Utwory są naparawdę dobrze
napisane i wpadają w ucho. Jest to chyba nawet najlepsza płyta
Tiamat
od czasów "Wildhoney". Z drugiej strony, pierwsze cztery z punktów
powyżej można potraktować jako pewnien zarzut - w gruncie rzeczy, w
wielu momentach, zwłaszcza w warstwie muzycznej,
Tiamat, Paradise Lost
i Moonspell zaczynają sę powielać. "
Amanethes" jest jednak albumem
lepszym i bardziej wyrazistym od ostatnich dokonań Anglików i
Portugalczyków i jak dla mnie jest sporym zaskoczeniem. Pomimo wielu
podobieństw podoba mi się różnorodność i spójność tego wydawnictwa.
Bardzo mocnym punktem moim zdaniem są klawisze, które nadają tym
dźwiękom mnóstwa niepokoju i goryczy. Podoba mi się także, że Edlund
poszerza źródła inspiracji i umiejętnie potrafi je wplatać do
twórczości
Tiamat, nawet tej mniej aktualnej. Warto wspomnieć, że
dostaliśmy aż 14 czternaście utworów, trwajacych w sumie 64 minuty -
jak dla mnie odrobinę za długo.
"
Amanethes" spokojnie można
zaliczyć do udanych albumów. Przede wszystkim jest to twór łatwiejszy w
odbiorze niż poprzednie krążki i bardziej chwytliwy, ale nie tracący
nic na klimacie. Niewątpię, że to dzieło zadowoli nie tylko nowych, ale
i starszych fanów
Tiamat. Tym razem nie jest to już przyczajony tygrys,
który budzi się po kilku przesłuchaniach - tutaj muzyka chwyta od razu.
Naprawdę miłe zaskoczenie.
Tracklista:
01. The Temple Of The Crescent Moon
02. Equinox Of The Gods
03. Until The Hellhounds Sleep Again
04. Will They Come?
05. Lucienne
06. Summertime Is Gone
07. Katarraktis Apo Aima
08. Raining Dead Angels
09. Misantropolis
10. Amanitis
11. Meliae
12. Via Dolorosa
13. Circles
14. Amanes
Wydawca: Nuclear Blast Records (2008)