Nie chce się rozbrabniać na poszczególne utwory, bo na "No Rest..." praktycznie każdy utwór to hardrockowy killer, począwszy od bardzo przebojowego "Miracle Man" ze świetną solówką, przez bardzo mocny "Devil's Daughter", mroczny i rozszalały "Breaking The Rules", najlepszy na płycie "Bloodbath In Paradise", patetyczny "Fire In The Sky" aż po "Demon Alcohol" - praktycznie w każdym numerze Wylde pokazuje, ze nie stara się kopiować Rhoadsa, a chce grać coś swojego. Jego gra jest może mniej dostojna, emocjonalna i nonszalancka, ale bardzo solidna, zwarta i energiczna.
Jedynym słabszym punktem tego albumu jest brzmienie - sekcja jest schowana mocno z tyłu, a gitara Zakka jest bardzo wyeksponowana.
Szkoda tylko, że album ten jest trochę niedoceniany, przyćmiony przez komercyjny (a niestety nie artystyczny) sukces następnego albumu - "No More Tears".
Wydawca: Epic Records (1988)