"Morningrise", bo o nim mowa, zawiera zaledwie 5 kompozycji - każda powyżej 10 minut. Każda jednak z tych kompozycji to epicki geniusz, ma niepowtarzalny, mroczny, bardzo naturalny klimat, którego nie udało się już nigdy powtórzyć. Słuchając tego album naprawdę mam wrażenie, że jestem w jakimś ciemnym lesie nocą. Dzięki dosyć przestrzennemu brzmieniu gitary, pomysłowemu plumkaniu DeFarfalli i niemalże orkiestralnym aranżacjom kompozycji, utwory nabierają niesamowitego dramatyzmu. I nawet lekko korytarzowe brzmienie i niewyraźny wciąż growling Akefeldta dodają tej płycie wyłącznie piękna.
Nie ośmielę się powiedzieć, że jest to Magnum Opus zespołu, bo w przypadku
Opeth każdy album jest inny, ale dla mnie, obok "Blackwater Park", jest alfą i omegą muzyki. Tyle...
Wydawca: Candlelight Records (1996)