Ponadto paradoksalnie pomimo ciężkiej oprawy muzycznej (użycie perkusji
czy gitary basowej) był zespołem łatwo podrywającym przybyłych widzów
do pląsania. A wszystko dzięki wykorzystaniu wpadających w ucho melodii
ludowych, które Żywiołak dodatkowo w sferze tekstowej przedstawia w
krzywym zwierciadle, bez pozbawiania ich
folkowej magii.
W efekcie ten
heavy-
folk, hard-
folk czy
folkmetal, nie pozostał obojętny zgromadzonym
pod sceną widzom. Sporo osób poddało się jego żywym melodiom - można
było zaobserować jednostki, pary i grupy podrygujące albo wręcz
plasające w takt muzyki. Moją uwagę zwróciła pewna "białogłowa" pod
sceną, tańcząca w wianku z (zerwanych chyba specjalnie na tę okazję?)
mleczy (Swoją drogą, ciekawe czy po koncercie bardziej odwodniona była
owa fanka czy kwiatki?). Nieopodal można bylo dojrzeć mężczyznę
wzbijącego tumany kurzu bosymi stopami - tak zaangażował się w koncert
i taniec! A tańczyć było przy czym. W repertuarze pojawiły się takie
utwory jak: "Ballada o Głupim Wiesławie", "O Janie Sobótkowym",
"Czarodzielnica", "Wiły" czy "Idzie Maciek". Natomiast kawałkiem, który na
dobre rozbujał publikę była "Epopeja Wandalska" (czyżby nazwa mówiła sama
za siebie?).
Zespół aż trzy razy powracał na scenę, ponieważ
publiczność (mimo iż nie tak liczna jak na późniejszych koncertach tego
dnia festiwalowego) żywo domagała się bisów. Pierwszym z nich była
Psychoteka, która tylko utrzymała przybyłych w ekstazie pląsów, a
drugim - pożegnalnym i ustępującym miejsca kolejnym wykonawcom
festiwalowego wieczoru - było Oko Dybuka. Trzeciego bisa już nie było,
a szkoda, bo występ Żywiołaka mógł trwać, tak jak w ostatnim zagranym
utworze, "od nocy do ranka".