Niby standardowo - brzmienie stało się cięższe, klimat unoszący się nad albumem bardzo zimny, utwory utrzymane w podobnej konwencji jak na poprzednim albumie - czyli to czego możnaby oczekiwać. Ale jest coś co powoduje, że ja uważam ten album za Magnum Opus zespołu! Po pierwsze - album jest niesłychanie równy. Nie znam drugiego tak równego albumu. Nie potrafię wyróżnić którejś z jedenastu kompozycji, ani powiedzieć która jest najsłabsza. Wszystkie trzymają mistrzowski poziom. Każda z kompozycji jest przemyślana, mroczna, mało jest na tym albumie gonitw instrumentalnych, a mimo to utwory są połamane - głównie przez nieparzyste podziały rytmiczne, których na albumie pełno. Do tego dochodzi krystaliczne brzmienie gitary, przepiękne solówki - chyba najlepsze w karierze Petrucciego - nie ma ich multum, ale jak są to każda z nich jest perełką! Perkusja brzmi dosyć sucho, ale przez to geniusz Portnoya jest uwypuklony. Bas rzadko wysuwa się na pierwszy plan, robiąc przepiękne tło do - moim zdaniem bohatera płyty - genialnego zmysłu Kevina Moora. To co robi ten człowiek z keyboardem, sposób w jaki buduje nastrój jest jedyny w swoim rodzaju. Cieszę się, że bezsensowne solówki klawiszowe praktycznie na tym albumie nie występują. W zamian za to mamy zimne akordy, które kreują ten niesamowity nastrój. No i wokal - kiedy trzeba delikatny, czasem ostrzejszy, lecz tych wysokich rejestrów LaBrie jest bardzo mało.
Osobiście darzę ten album wielkim sentymentem - to właśnie '"Awake" otworzył mi oczy na muzykę i do dziś wielbię ten album. Uważam go za kompletny, niemal idealny, a sam poziom kompozycji niemal nieosiągalny dla innych kapel... a nawet dla samych siebie.
Wydawca: EastWest Records (1994)