Płyta rozpoczyna się minutowym intro z jakimiś "piekielnymi jękami i innymi takowymi odgłosami", aby po chwili przejść w kroczący utwór tytułowy ... Nie chcę się rozpisywać nad poszczególnymi numerami, bo to nie będzie miało sensu.
Black Sabbath udało się bowiem połączyć mrok z niesamowitą melodyką i przebojowością, której do tej pory zespół nie stosował. Nieważne, czy jest to utwór tytułowy, czy monumentalny "Nightwing" czy "Devil & Daughter" - praktycznie każdy numer porywa melodyką nie gorszą wcale od dokonań ... Whitesnake czy Europe! Odniosłem także wrażenie, że solówki Iommi'ego zyskały także na jakości. Co prawda, Tony nigdy nie był w ścisłej czołówce technicznego grania, ale tutaj pokazuje, że potrafi grać ciekawie. W "When Death Calls" - moim cichym faworycie na tym albumie, gościnne solo zagrał sam Brian May z Queen!
Jedynym "słabszym" momentem na płycie jest zaledwie niezły "Kill In The Spirit World", który jako jedyny odstaje zarówno klimatem jak i melodyką (bardzo komercyjną) od reszty.
Tony Martin pokazuje na tym albumie pełnię swoich możliwości i udowadnia, że w niczym nie jest gorszy od Dio czy Gillana. Praktycznie każdy z ośmiu (bez intra siedmiu) utworów udowadnia, że zespół trzyma poziom, ma pomysły i potrafi grać świeżo. Moim zdaniem, negatywne opinie na temat twórczości
Black Sabbath z Martinem na wokalu wzięły się stąd, że starsi fani nie potrafili zaakceptować bardziej melodyjnego oblicza grupy. Niemniej jednak, "Headless cross" jest chyba najrówniejszym albumem zespołu, ze świetnej jakości utworami. Nie chcę polemizować, czy jest to najlepszy album zespołu, ale jest to mój ulubiony. Ani przedtem ani potem nie znalazłem już na płycie BS tylu dobrych numerów naraz.
Wydawca: I.R.S. Records (1988)