Wracać wciąż do domu Le Guin
Zmierzch Bogów
Recenzje :

Arcturus - The Sham Mirrors

Każde dzieło tych genialnych Norwegów wypatrywane jest z niecierpliwością. Nic dziwnego, skoro poprzedni ich krążek, "La Masquerade Infernale" przełamał chyba wszelkie możliwe bariery, powstało totalnie unikalne dzieło, które nie sposób porównać z czymkolwiek innym. Owo wydawnictwo uwizualniło eklektyzm zespołu, to że muzycy potrafią łączyć gatunki zupełnie niepokrewne ze sobą, aby stworzyć jedna spójną całość. Dlatego też nie było możliwości, aby przewidzieć zawartość kolejnej płyty. Aż pięć lat kazał nam Arcturus czekać na swoje kolejne dziecko - "The Sham Mirrors" - jest to chyba wystarczająco długi okres, aby przemyśleć i doprowadzić do perfekcji zawartość krążka.
Już pierwsze takty "Kinetic" uświadamiają nas, że będziemy mieli do czynienia z zupełnie innym krążkiem aniżeli "La Masquerade Infernale". W słuchacza uderza bowiem ściana futurystycznych klawiszy, mnóstwo przestrzeni, aby po chwili zaskoczyć ciężkim, wpadającym w ucho riffem. Utwór zaskakuje swoją przestrzennością, z muzyki emanuje kosmiczna atmosfera. Zwraca uwagę także głos wokalisty - czystszy, mniej teatralny, przechodzący za to z jednej melodii w drugą. To zasługa Votexa, który uzupełnia wokalnie Garma dając pewien kontrast. Kolejny utwór jedynie utrzymuje nas w transowym klimacie, trip-hopowe wręcz klawisze odgrywają tutaj priorytetową rolę. Pojawiają się także w tle organy hammonda jak i gitara kreująca ładne melodie. Pod koniec utwór ożywia się, dostajemy świetne solo z cudownym akompaniamentem klawiszy. Po raz kolejny muzycy czarują nas mnogością tematów oraz zmianami nastrojów.

"Ad Absurdum" rozpoczyna się masywnym riffem podrasowanym mroczno brzmiącymi klawiszami. Brzmi to bardzo symfonicznie - o wiele bardziej niż na poprzedniej płycie. Na tym etapie można tez stwierdzić, że od strony technicznej jest to krążek bardziej zaawansowany niż poprzedni. Zwraca uwagę bardzo progresywny styl gry Hellhammera, który cyka w talerzyki niczym Gene Hoglan. W środku utworu dostajemy odrobinkę blackowego tempa, które szybciutko przeradza się w mroczne, klawiszowe lawirowanie. Pomimo całego tego bogactwa dźwięków, słuchacz czuje się jakby odpływał.

"Collapse Generation" to dla odmiany bardzo agresywny numer, zagrany z prawdziwym blackowym zacięciem, z symfonicznymi potężnymi klawiszami oraz szybką perkusją. W połowie utwór zwalnia na moment i nabiera bardziej teatralnego zacięcia, z ciekawą partią wokalną. Wokali jednak jest tutaj mało, dzięki czemu symfoniczno-futurystyczny nastrój jest jeszcze bardziej odczuwalny.

"Star Crossed" rozpoczyna się prawie dwuminutowym popisem klawiszowca, który wystukuje przepiękne dźwięki z pianina. Potem jednak utwór zwalnia i nabiera bardziej ponurego charakteru, nad którym unosi się natchniony glos wokalisty.

"Radical Cut" rozpoczyna się rzeźnicko wręcz - po raz kolejny dostajemy blackmetalowe tempa okraszone potężnymi klawiszami, tyle że tym razem wokalista nie boi się blackowego skrzeku (tutaj gościnnie Ihsahn z Emperor). Najzabawniejszy jest fakt, że utwór ten doskonale pasuje do całości. Po raz kolejny zadziwiają klawisze, a Sverd po raz wtóry udowadnia, że jest jednym z najlepszych keyboardzistow - jego solo pod koniec kompozycji jest po prostu fantastyczne.

Płytę wieńczy ponad 10-minutowy "For To End Yet Again", rozpoczynający się niczym wstawka z jakiegoś poematu symfonicznego. Potem jednak wchodzą gitary i reszta instrumentów, tematy się zmieniają od agresywnych po wysublimowane i delikatne. Otrzymujemy bowiem prawie czterominutową futurystyczną podroż, która zostaje przerwana brutalnym, ciężkim riffem, a do końca utworu zespół czaruje symfoniką.

Zaskakuje odrobinę brzmienie, gdyż perkusja brzmi płasko, wokale maja pogłos jakby były nagrywane na korytarzu, a mimo to wszystkie te elementy wychodzą temu albumowi na plus potęgując jego futuryzm. Oddzielne słowa pochwały należą się dla klawiszowca, który dal tutaj prawdziwy popis. I choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu "La Masquerade Infernale" jest albumem niezastąpionym i niepowtarzalnym, to muszę powiedzieć, że "The Sham Mirrors" jest albumem lepszym, równiejszym, solidniejszym, jak i lepszym technicznie. Co niektórzy mogą narzekać, że partie wokalne są słabsze od tych na "La Masquerade...", ale i tak trzymają bardzo wysoki poziom. "The Sham Mirrors" jest po prostu perfekcyjne w każdym calu, świeże, by nie powiedzieć że odkrywcze.

Wydawca: Ad Astra Records (2002)
Komentarz
Średnia ocena: 0
Oceny: 0
starstarstarstarstar

Podobne artykuły