Według pierwszych informacji nowy album
U2 miał wyprodukować genialny i pożądany przez wszystkich Rick Rubin, który współpracował chociażby z Johnny Cashem, Red Hot Chili Peppers czy Jay-Z, ale głownie kojarzony z pracą nad albumami wykonawców z kręgu cięższego brzmienia: Slayer, SlipKnoT, Rage Against The Machine. Jego współpraca z czterema Irlandczykami elektryzowała. tym bardziej jeśli dodam, że mniej więcej w tym samym czasie Rubin miał produkować nowy album
U2 i "Death Magnetic" Metalliki. Niestety, a może na szczęście, coś się zaczęło w tej współpracy między panami psuć, a materiał nagrany z Rubinem nigdy nie trafił do publiczności. Po kilku miesiącach pod okiem tego producenta
U2 podziękowali mu i wrócili pod skrzydła Briana Eno, Daniela Lanois i Steve'a Lillywhite'a, odpowiedzialnych za brzmienia najlepszych płyt zespołu.
To pod nadzorem tej trójki powstała muzyka z "
No Line On The Horizon", a była ona nagrywana w bardzo różnych miejscach, co doskonale się na tym krążku słyszy poprzez jego różnorodność. Sesja miała swój początek w marokańskim Fezie. Kolejne etapy miały miejsce w Nowym Jorku, oraz studiach
U2 w Londynie i rodzinnym Dublinie oczywiście. Mam wrażenie, że zdjęcia z Maroka nieprzypadkowo zdobią książeczkę płyty. Album, poza kilkoma szybszymi numerami, ma w sobie atmosferę specyficznego zamyślenia, refleksji, momentami wręcz pesymizmu. Myślę, że właśnie czas spędzony w mieście Fez zainspirował zespół do stworzenia takiej muzyki. Lekko pohamował też chyba ciągoty
U2 do zabawy z nowoczesną technologią, co wyszło płycie na dobre. Znamienne jest, że sztandarowym przykładem tych właśnie wyznaczników "
No Line On The Horizon" jest utwór pod tytułem "FEZ-Being Born", zarazem dla zespołu klasyczny, jak i zaskakująco mroczny.
I tego mroku jest na "
No Line On The Horizon" o wiele więcej. Już po pierwszym przesłuchaniu stwierdziłem, że jest to najmroczniejsza płyta
U2 i teraz swoje zdanie podtrzymuję. Ciemny i, jak na ten zespół bardzo pesymistyczny nastrój przełamuje na moment środkowy zestaw szybkich utworów "I'll Go Crazy If I Don't Go Crazy Tonight", "Get On Your Boots" i "Stand Up Comedy" z genialnymi wręcz zakrzyknięciami Bono. Wokalista zresztą na tym albumie wielokrotnie udowadnia, że jest w znakomitej formie - żeby przytoczyć choćby jego partie w akustycznym "White As Snow", albo przywodzącym na myśl późny Pink Floyd "Moment Of Surrender". W obu tych kompozycjach głos Bono jest wręcz rozdzierający. Zresztą cała ta płyta ma dla mnie klimat lekko Floydowski. Nie chodzi o rozwiązanie muzyczne, bo mimo wyraźnego wybicia do przodu, to wciąż to samo
U2, ale o specyficzną atmosferę tej muzyki. Zaś sam The Edge na gitarach czasami brzmi jak powracający do najlepszych czasów David Gilmour. Całość kończy kompozycja "Cedars Of Lebanon" - najbardziej chyba gorzki utwór w historii
U2 i najbardziej pesymistyczne zakończenie albumu tego zespołu od czasów "Zooropy".
Przed wydaniem "
No Line On The Horizon" Bono zapowiadał, że będzie to płyta na miarę "Achtung Baby". Ponieważ jest to mój ulubiony album
U2, przyjmowałem te zapewnienia z dystansem. Teraz jednak muszę wokaliście przyznać rację - pod względem zmian stylu, rozwiązań technicznych, tego pójścia w stronę nowoczesności, są to płyty na bardzo podobnej zasadzie. I tak samo, jak "Achtung Baby", jest o wiele bardziej dojrzała w tych rozwiązaniach od utopionych wręcz w nowoczesności płyt "Zooropa" i "POP", które tak podzieliły fanów.
Tracklista:
01.
No Line On The Horizon02. Magnificent
03. Moment Of Surrender
04. Unknown Caller
05. I'll Go Crazy If I Don't Go Crazy Tonight
06. Get On Your Boots
07. Stand Up Comedy
08. Fez--Being Born
09. White As Snow
10. Breathe
11. Cedars Of Lebanon
Wydawca: Interscope (2009)