"Yes, Virginia…" jest kawałem
radosnych kawałków, w których mamy sekcję rytmiczną, pianino i damski
wokal. Jest tu trochę naleciałości popowych, soulowych, jest punkowy
zadzior, jest też cyrkowe szaleństwo, jest pseudo-kabaretowy humor.
Wszystko jest wypełnia, zmienia, ale tak płynnie, że zdecydowana
większość zespół mogłaby przychodzić na kursy jak pisać spójne kawałki.
Formacja prostymi środkami potrafi wywoływać u słuchacza różnorodne
emocje w przeciągu kilku chwil.
To właśnie chyba
prostota i oszczędność jest tym co stanowi o sile tego wydawnictwa.
Śliczny głos wokalistki, umiejętnie nastrajający słuchacza, jest chyba
tym, elementem, który potęguje nastrojowość tej muzyki. No właśnie - ta
muzyka jest nastrojowa, ale nie klimatyczna. W stosunku do
debiutanckiego krążka muzyka jest lżejsza, bardziej chwytliwa i chyba
prostsza w konstrukcji. Z drugiej strony jest to materiał nieco
bardziej przemyślany i łatwiej wpadający w ucho. "Yes, Virginia…" choć
ubogie i zachowawcze w formie, ukazuje paletę różnorodnych możliwości
jakie może dać tak skromne instrumentarium. To prawie jak MacGyver - z
zapalniczki zrobi silnik odrzutowy.
Tracklista:
01. Dear Jenny
02. Night Reconnaissance
03. The Mouse And The Model
04. Ultima Esperanza
05. The Gardener
06. Lonesome Organist Rapes Page-Turner
07. Sorry Bunch
08. Pretty In Pink
09. The Kill
10. The Sheep Song
11. Boston
Wydawca: Roadrunner Records (2006)