Na ich pierworodne "dziecko" składało się 5 utworów stylistycznie rozciągniętych od elektronicznej muzyki eksperymentalnej aż po krautrock. Jako że zawartość, choć wciąż niepoukładana i może z lekka drażniąca, jest o wiele mniej psychodeliczna i chaotyczna niż pierwsze dowody twórczości Kraftwerk, album ten o wiele łatwiej wpada w ucho głównie dzięki o wiele bogatszej, - choć też nie zawsze, ale jednak - linii melodycznej. Jednym słowem porównując, "
Electronic Meditation" do "Tone Float" mamy do czynienia z tym samym kawałkiem "mięsa" w tym drugim przypadku jednak wciąż surowego pod czas, gdy
Tangerine Dream serwują nam, co najmniej dobrze uwędzoną szynkę. Dość jednak porównywania jednych do drugich wszak każdy jest kowalem własnego losu, poddajmy się, zatem "elektronicznej medytacji" i przyjrzyjmy bliżej tej płycie.
"Genesis" - tak nazwał Edgar Froese wraz ze swoją ekipą pierwszy utwór - to zaiste idealny kawałek na początek albumu. Strojące się instrumenty różnej maści (głównie jednak pochodzenia elektronicznego) idealnie przygotowują nas do podróży po dziwacznym nie do końca ujarzmionym świecie dźwięku, jaki niebawem zostanie przed nami wykreowany. Wciąż pojawiający się odgłos przytłumionej syreny alarmowej przecinany raz po raz pojawiającym się fletem zapowiada raczej "wędrówkę" po "świecie" pozbawionym raczej realizmu, w zamian jednak za to nacechowanym nutą tajemnicy, czy nieprzewidywalności.
W końcu nadchodzi odpowiedni czas i rozpoczyna się "Journey Through The Burning Brain". Witają nas psychodeliczne rozlane dźwięki zatapiające w swym brzmieniu wszelkie zmartwienia, zostaje tylko muzyka i słuchacz całkowicie nią ogarnięty, a później, kiedy już wszystko jest gotowe do głosu dochodzą organy, dobitnie akcentujące swoją obecność. Później już jest tylko lepiej. Brzmienie gitary elektrycznej tożsame z wyczynami Mike'a Oldfielda z okresu, z którego pochodzi płyta i niesamowite elektroniczne dodatki, a to wszystko trwa niespełna 13 minut. Zabójcza dawka dźwięku!
Po "poschizowanych" dźwiękach "Journey Through The Burning Brain" przychodzi pora na pozorne odprężenie przy "Cold Smoke". Leciutko snująca się organowa melodia przerywana od czasu do czasu dźwiękami nieokiełznanych wybryków poszczególnych instrumentów, wreszcie naznaczona piętnem galopujących bębnów etnicznych to piękny przekrój przez umiejętności poszczególnych muzyków, wśród których na pierwszym miejscu warto wymienić właśnie perkusistę grupy Klausa Schulze. A na koniec jeszcze jeden pokaz umiejętności gitarowych Edgara Froese i… zupełnie nieoczekiwany finisz, w którym jedynym instrumentem jest odgłos przyspieszonego oddechu jednego z muzyków.
Oczywiście nie ujmując niczego kolejnej pozycji na płycie - "Ashes To Ashes" - pozwolę sobie przejść do o wiele ciekawszej piosenki zatytułowanej "Ressurection". Na uwagę zasługuje tutaj wokal puszczony celowo od tyłu. Co prawda żadnych niezwykłych, ukrytych treści w sobie nie zawiera (po odsłuchaniu piosenki od tyłu okazuje się, że to zwykły odczyt treści biletu promowego), ale za to ciekawe wykorzystanie tego efektu. Końcówka albumu to praktycznie jego początek, więc możemy pomyśleć, że to płyta konceptualna. Mało tego składając tytuły wszystkich utworów zauważamy, że mogłyby one opowiadać pewną historię od narodzin aż do śmierci, cóż, jeśli tak jest to tylko kolejny plus dla tej płyty, jeśli nie to żadna wada.
Podsumowując "
Electronic Meditation" to album o elektroniczno-krautorockowej duszy niestroniący od powariowanych, psychodelicznych dźwięków. Na pewno nie spodoba się każdemu gdyż muzyka na nim serwowana jest z gatunku tej sztuki, którą albo się kocha albo nienawidzi, jednak myślę, że warto się z tą płytą zapoznać.