Symphony X nagrało bowiem najostrzejszy i
najbardziej zadziorny album w swojej karierze. Co prawda w dalszym
ciągu jest tu sporo patosu i nadętych motywów, ale muzyka broni się.
Romeo sypie riffami z rękawa, bombarduje bezsensownymi solówkami w
stylu Malmsteena, ale mimo tego przyjemnie się tego słucha. Russel
Allen zaczął śpiewać agresywniej, często ocierając się o manierę R. J.
Dio. Najważniejszą jednak zmianą, in plus oczywiście, jest fakt, że
płyta pozbawiona jest zgrzytów i dziwnych rozwiązań melodyczych. W ten
oto sposób powstało osiem spójnych, przemyślanych kawałków, w których
poszczególne fragmenty komponują się w całość. Nie będę ukrywał, że nie
jest to może poziom, który zapiera dech w piersiach, ale na pewno jest
to dobre granie. Zasadniczym problemem, a w tym przypadku może i
plusem, jest fakt, że otrzymaliśmy bardzo równy materiał, spośród
którego żaden utwór się nie wyróżnia. Nawet druga część "Accolade" nie
dorównuje pierwowzorowi, ale jest to wciąż dobre metalowe granie.
Gdy
się tak zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że jest to pierwszy album
tego zespołu, który mi się spodobał. W zasadzie żadna z poprzednich
pięciu płyt nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Cieszy mnie
jednak, że w końcu muzyka
Symphony X nabrała kolorów i werwy. Od czasu
do czasu miło wrócić do tego wydawnictwa.
Tracklista:
01. Inferno (Unleash The Fire)
02. Wicked
03. Incantations Of The Apprentice
04. Accolade II
05. King Of Terrors
06. The Turning
07. Awakenings
08.
The Odyssey (Part I To VII)
09. Masquerade '98
Wydawca: Inside Out Records (2002)