Jarzombek chyba pozazdrościł artystycznego sukcesu Fredrikowi Thordendalowi z Meshuggah, którego solowy album był jedną wielką schizo-jazzową suitą. Tutaj dostaliśmy podobnie jedną wielką suitę podzieloną na ... 45 utworów, które w sumie trwają blisko 45 minut. W przeciwieństwie do Thordendala, Jarzombek preferuje bardziej popisowy styl gry, dlatego zdecydowana większość motywów to gitarowe popisy charakterystyczne dla stylu muzyka - więc nie jest to jałowe bieganie po gryfie, a raczej kaskada czystych, sypiących się niczym gwiezdny pył dźwięków.
Ciekawostką na tym albumie jest to, że materiał na ten krążek, jest tak skomplikowany, że podczas koncertów jedyną osobą grającą "na żywo" jest sam autor. Pozostali muzycy - Roland Emessy, Prodeus Effekcts oraz Dee Fore to ... fikcyjne postacie. Jarzombek sam komputerowo programował moduły instrumentów i zwyczajnie ponazywał swoich "bohaterów". Ten jakże komiczny precedens nie zmienia jednak faktów - krążek jest okrutnie techniczny, ale też i okrutniemonotonny. Niestety po kilkunastu minutach słuchacz ma wrażenie, że cały czas grane jest to samo - brakuje tutaj większych urozmaiceń i jakiejkolwiek dramaturgii w muzyce.
Jeśli ktoś poszukuje tylko i wyłącznie technicznego grania, to ten album jest właśnie dla niego. Jeśli jednak ktoś szuka czegoś więcej - zapadających wpamięć motywów, jakiegoś przemyślenia i wyczuwalnej głębi, to raczej będzie się męczył z tym krążkiem.
Wydawca: Mr. Kitty Records (2002)